Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-
Blog Moniki

Blog Moniki (21)

Dzieciaki

 "...Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień..."

Wszystko zaplanowane, można powiedzieć w najdrobniejszych szczegółach.

To będzie taki swoisty „dzień dziecka” tzn. 3 wizyty u naszych hospicyjnych dzieci. Wszystkie wizyty poza Radomiem, dopiero wieczorem u seniora- pana Tadeusza.

Wszystko zaplanowane, ale jak to mówią wojskowi: „Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi”, u nas można powiedzieć: „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz...”

Doktor Maria dzwoni, że musi pojechać do chorej, która właśnie odchodzi. Skontaktowała się z rodzicami naszych małych podopiecznych telefonicznie. Nic niepokojącego się nie dzieje, więc jeśli zdąży to dojedzie a jeśli nie - umówi się na inny dzień.

Jadę z Marzeną i Anią, która choć akurat ma dzień wolny, zgodziła się zostać naszym kierowcą. Jedziemy jej samochodem.

Drzwi otwiera nam Mama 11-letniego Jasia. Chłopiec w swoim krótkim życiu przeszedł tyle, że aż się serce kraje, gdy się tego słucha. Przeżył duże komplikacje już po pierwszej chemii. Jego życie kilkakrotnie wisiało na włosku.

Jest wesołym chłopcem. Duże mądre, brązowe oczy, włosy zaczynają odrastać po chemioterapii. Nie lubi hałasu (ból głowy), kiedy się porusza, czasami jakby się lekko chybotał. Jest troszkę zawiedziony, że nie ma doktor. Z moich obserwacji wynika, że bardzo polubił naszą lekarkę! Za to Piotruś, jego 6- letni brat, chwali się specjalnym opowiadaniem, które podyktował Mamie, o smoku. Podobno chłopcy bardzo się cieszą na nasz przyjazd. Piotruś nawet sprząta z ławy, żebyśmy mogli się bawić. Ciepło się robi na sercu, że tak jesteśmy potrzebni my, zwykli wolontariusze! W sumie nie robimy nic nadzwyczajnego, ale skoro okazanie trochę zainteresowania, zabawa, śmiech są tak potrzebne, to… Gramy więc w Monopol. Chłopcy objaśniają reguły gry, dowiadujemy się w co iwestować. Fajnie jest słuchać takich mądrości z ust tych Maluchów. Co dobre, szybko się jednak kończy. Żegnamy się z Rodziną, ale gdzie jest Piotruś? Siedzi ze spuszczoną głową i założonymi na piersi rękami. Coś się stało? Po prostu nie chce nas puścić! Kochany Maluch!

Trochę zajmuje nam dotarcie do Wieniawy. Za „gps-a” służy tym razem Duch Święty, doktor Maria (instrukcje przez telefon) i dobrzy ludzie spotkani po drodze. Razem z Marzeną jesteśmy tu pierwszy raz. Od razu „ląduje” na mych rękach nasze kolejne dziecko, Martynka. Urodziła się z poważnym uszkodzeniem mózgu. Nie wiadomo czy widzi, ma dwa aparaty słuchowe, nie ma odruchu ssania. Do tej pory była karmiona przez sondę, teraz ma założoną gastrostomię tj. rurkę do żołądka, przez skórę brzucha. Czuje się przyjazną atmosferę, jednak boję się pytać, żeby czymś nie urazić Mamy. Ostatnio w szkole miałam zajęcia, na których się mówiło o tym, że aborcja ze względów społecznych, zdrowotnych, powinna być dopuszczalna, więc pytam Mamę Martynki, czy mając tak chorą córeczkę, nie chcieli Jej zostawić? Odpowiada ze łzami w oczach, że czekali na dziecko 10 lat, więc jak by mogli teraz Ją zostawić? Mówi, że powoli się dowiadywali o kolejnych chorobach, więc mieli czas, żeby się z tym oswoić, ale i tak ogrom nieszczęścia jest wielki! I tak sobie myślę, że tyle zdrowych dzieci zabija się tylko dlatego, że są nie chciane! Tym większa chwała dla Rodziców naszych dzieci! Zostawiam Mamie książkę o którą prosiła, o umieraniu dzieci. Jesteśmy też świadkami fachowej zmiany opatrunku. Ufam, że jeszcze się zobaczymy!

Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa, gdzie czeka na nas Dominik. Pewnie się zastanawiacie: „Dlaczego Pan Bóg dopuszcza takie cierpienie na niewinne dzieci?” Ja też to pytanie sobie zadawałam. Otóż ks. Pawlukiewicz w audycji radiowej (Radio Plus) wyjaśnia, że nie zawsze jest tu „wina „ Boga. Czasami sami rodzice są winni, czasem lekarz, a czasem? Cierpienie jest wpisane w życie człowieka. Jest to nasza droga do Zbawienia. A my mówimy: „Jacy oni biedni!” A czy nie bardziej biedni są ci rodzice, którzy zabijają własne dzieci? Zresztą Mama Dominika kiedyś powiedziała, że gdyby nie choroba Syna, prawdopodobnie byłoby inaczej, gorzej. Ten dom i ta Rodzina to naprawdę fantastyczny przykład dla nas! Tu w centrum nie stoi telewizor! Tu najważniejszy jest drugi człowiek i Chrystus w ciele małego Dominika. Odbieramy też pisanki, które udekorowała dla nas Wiktoria, Jego siostra.

W innej audycji w Radiu Maryja, ksiądz, który pracuje w szpitalu onkologicznym przy dzieciach, powiedział, że Św. Faustyna zapytała Jezusa o cierpienie dzieci. Pan Jezus się zasmucił i powiedział: „Dzięki takim dzieciom świat jeszcze istnieje!” Okrutne, prawda? Ale czy nie powinno nam dać do myślenia i do działania? Dobrego działania?

Czytam ostatnio Dzienniczek s. Faustyny i wierzę w ogromne Miłosierdzie Boże i wierzę w to, że Jezus jest w każdym z tych domów, jeśli jego domownicy nie zamkną Mu drzwi, bo to ogromne obciążenie żyć na co dzień ze świadomością bliskiej śmierci swojego dziecka! Ale jakie ogromne świadectwo dla nas!

I jeszcze taka myśl z ostatniej chwili. Na jednej z ostatnich wizyt u chorej, córka naszej podopiecznej powiedziała, że podczas rozmów w pracy wszyscy mówią, że nie opiekowaliby się swoimi rodzicami. Po prostu by oddali! Tylko gdzie?!

Wieczór. Doktor Marysia odprowadziła chorą, wspierała zagubioną Rodzinę.

Spotkałyśmy się u pana Tadzia, mojego hospicyjnego Dziadka. Ma coraz większe problemy z chodzeniem. Badanie, opukiwanie, wypisanie recept, ale też wysłuchanie bolączek (zawsze to jakoś lżej), opowieści o tym, co u nas i jak zwykle kolacja, bo od Dziadka nie można wyjść głodnym.

Kolejny dzień hospicyjny za mną.

„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.

Czy mnie wyniósł pod niebo czy zrzucił na dno.

Jaki był ten dzień, czy coś zmienił, czy nie.

Czy był tylko nadzieją na dobre i złe?”

Dziękują Panie Jezu Miłosierny za ten dzień i za te nasze Rodziny. I proszę wspieraj ich na tej trudnej drodze do Zbawienia, bo przecież „ Zbawienie przyszło przez krzyż!”

 

 

Wasz korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Akt oddania się Panu Jezusowi według ks. Dolindo Ruotolo

  • Dział: Blog Moniki
  • Napisane przez

Ksiądz Dolindo Ruotolo, świątobliwy kapłan urodzony w Neapolu, cieszył się wielkim szacunkiem ojca Pio, który zwykł mawiać do przybywających do San Giovanni Rotondo Neapolitańczyków: „Macie księdza Dolindo, po co do mnie przychodzicie?”. Pozostawił on akt oddania Jezusowi, a właściwie zapis słów przez Niego wypowiedzianych - podobnie jak zapisywała je s. Faustyna. Cały tekst tchnie nawoływaniem do dziecięcej ufności:

         „Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje. Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się, oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tylko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.
         To co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie te wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć przedsięwzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu, co was trapi.

          Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: „TROSZCZ SIĘ TY", zamyka oczy i uspokaja się! Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać; otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie tego życzycie...

          Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają.  Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie „Ojcze nasz”: „Święć się imię Twoje”, to znaczy bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; „Przyjdź Królestwo Twoje”, to znaczy niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; „Bądź wola Twoja” to znaczy Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się, zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: „Bądź wola Twoja, troszcz się Ty”. Powiadam ci, że się zatroszczę, że interweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: „Troszcz się Ty”. Zapewniam cię, że się zatroszczę.

         Sprzeczne z oddaniem się Mnie jest zamartwianie się, niepokój, chęć rozmyślania o konsekwencjach zdarzenia. Przypomina to zamieszanie spowodowane przez dzieci, które domagają się, aby mama troszczyła się o ich potrzeby, a jednocześnie wszystko chcą zrobić samodzielnie, utrudniając swymi pomysłami i kaprysami jej pracę. Zamknijcie oczy i pozwólcie się ponieść nurtowi Mojej Łaski, zamknijcie oczy i pozwólcie Mi działać, zamknijcie oczy i nie myślcie o chwili obecnej, odwróćcie myśli od przyszłości jako od pokusy.

        Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy z takim zamiłowaniem mówicie: „Troszcz się Ty”, Ja w pełni się zatroszczę, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo nad interwencję Moją Miłością. Jednak troszczę się tylko wtedy, kiedy zamkniecie oczy.

        Jesteście bezsenni, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociec, o wszystkim myśleć i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim, albo jeszcze gorzej - ludziom, pokładając zaufanie w ich interwencję. A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom. O! Jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni!
Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie do waszego zaufania w was samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!

        Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie lub staracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często utrudniany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.

         Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami duszy: „Jezu, troszcz się Ty!”. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyń tak we wszystkich swoich potrzebach. Czyńcie tak wszyscy, a zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam poprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się zatroszczę.

         Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki spokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie. Wydaje to ci się niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: „Jezu, troszcz się Ty!”. Nie lękaj się, ja się zatroszczę.

         A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie; zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej Nowenny od tej: „Och Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się Ty”.


„Oddaj się Mojemu Sercu... a zobaczysz”.


        Chcę, żebyś wierzył w Moją wszechmoc, a nie w twoje poczynania, żebyś pozwolił działać Mnie, a nie innym. Szukaj Mojej bliskości, spełń Moje pragnienie posiadania cię, wzbogacenia i kochania tak, jak tego chcę. Zapomnij się, pozwól, abym spoczął w tobie, pozwól, aby Moja wszechmoc nieustannie znajdowała w tobie ujście.

       Jeśli pozostaniesz blisko Mnie, nie będziesz się martwił, że działasz samodzielnie, że żyjesz w ciągłym pośpiechu po to, żeby ci się udało, żeby stwierdzić, że coś zrobiłeś, udowodnisz Mi, iż wierzysz, że jestem wszechmogący, a Ja intensywnie będę pracować z tobą: kiedy będziesz mówił, chodził, pracował, modlił się lub spał, bo „moim umiłowanym dam to, czego potrzebują nawet gdyby byli jak we śnie” (Psalm 12-6). Jeśli będziesz ze Mną i nie będziesz się chciał spieszyć, ani nie będziesz się martwił o nic dla siebie, a zwrócisz się do Mnie z bezgranicznym zaufaniem, dam ci wszystko, czego będziesz potrzebował, zgodnie z Moim zamysłem wiecznym. Dam ci uczucia, których wymagam od ciebie, dam ci ogromne współczucie dla bliźniego i spowoduję, że będziesz mówił i czynił to, co Ja będę chciał. Wówczas twoje działanie pochodzić będzie z Mojej Miłości. Tylko Ja, a nie ty wraz ze wszystkimi twoimi poczynaniami stworzę nowe dzieci, które zrodzą się ze Mnie. Stworzę ich tym więcej, im bardziej będziesz chciał się stać moim prawdziwym synem, jak mój Jednorodzony. Albowiem wiesz, że „jeśli wypełnisz Moją wolę, będziesz Mi bratem, siostrą i matką”, pozwalając mi, abym zrodził się w innych, bo Ja stworzę nowe dzieci, posługując się prawdziwymi dziećmi. Twoje poczynania dążące do osiągnięcia celu to tylko pozory w stosunku do tego, czego Ja dokonuję w tajemnicy serc tych, którzy kochają. „Trwajcie w Miłości Mojej... jeśli trwać będziecie we Mnie i trwać będą w was Moje Słowa, proście o cokolwiek byście chcieli, a będzie wam dane” (Jan 15).

Z: „Nazwałem się Dolindo, to znaczy boleść”. Autobiografia kapł. Dolindo Ruotolo, (1882-1970) tercjarza franciszkańskiego, który został przeniesiony i pochowany w parafii MB Niepokalanej z Lourdes i św. Jana dei Vecchi w Neapolu. Więcej na Wikipedia >>>

Czytaj dalej...

Marzenie

 "Minuta po minucie czyńcie wszystko dla miłości i stawajcie się świętymi"

 Marzenia. Każdy z nas je ma. Jedne ogromne, inne całkiem malutkie. Chciałabym Wam opowiedzieć o kolejnym spełnionym hospicyjnym marzeniu. Opowiadałam już kiedyś o Dominiku, więc tylko przypomnę. Urodził się z bardzo rzadką chorobą. Jego organizm nie przyswaja miedzi. Niby nie brzmi groźnie a jednak. Nasz podopieczny jest pod całodobową opieką rodziców, a konkretniej: Mamy. Chudziutki, nie potrafi przełykać śliny ani sam jeść. Całkiem niedawno zastąpiono sondę, którą miał założoną przez usta taką rurką prosto do żołądka ( PEG), rurka tracheotomijna, odsysania, pampersy to codzienność.

 I tak podczas wizyty, wyszło na jaw, że Mama Dominika pani Renata, czytając kiedyś Gościa Niedzielnego natrafiła na artykuł o dziwnie ubranych siostrach (białe habity, czerwone welony).

Podobno dzieją się tam cuda. Jakie? "Byłyśmy już wyczerpane przerzucaniem siana i wtedy westchnęłam: Panie Boże, świętym pomagałeś, a nam nie pomożesz? I wtedy na bezchmurnym niebie zjawiła się trąba powietrzna... "

"Wszyscy gdzieś wyjeżdżają, a ja nie"- pani Renata żaliła się do męża. Nie chciałaby jednak, żeby ten wyjazd był zwykłym wyjazdem. Chciałaby, jak to się mówi "naładować akumulatory"!

To mi wystarczyło. Zaraz w drugim pokoju odbyło się "zebranie" i razem z mężem panem Sławkiem i córką Wiktorią ustaliliśmy, co następuje. Ja mam się dowiedzieć, gdzie owe siostry są i zorganizować wyjazd, Oni przekonają panią Renatę i zaopiekują się Dominikiem podczas wyjazdu.

Dzięki Bogu wszędzie mamy "swoich ludzi" a u owych sióstr był już nasz wolontariusz Jacek. Sprawa załatwiona. Czekamy tylko na pogodę i w drogę. No i pogoda przez kilka dni piękna a tuż przed wyjazdem... śnieg! I wiecie co? Przestało mi się chcieć jechać! Zimno, kłopoty w domu, mało odpoczynku. Coś mi jednak mówiło, że to będzie dla mnie też dobre. Mówię sobie: "Jeśli pani Renata wyrazi taką chęć, to nie będę się sprzeciwiać!".

Wyjechaliśmy w niedzielę o 8 rano. Dołączyła do nas Kasia, znajoma Jacka. Trasa prowadziła do Rybna, wioski niedaleko Sochaczewa. Za oknem piękne słońce a my w samochodzie mamy takie mini rekolekcje. Odmawiamy Różaniec, Koronkę do Bożego Miłosierdzia, słuchamy pouczających kazań księdza Pawlukiewicza. O czym? Na przykład: że nie mamy szacunku dla ludzi poświęconych Bogu. Te wszystkie kawały na temat sióstr zakonnych, przezwiska itd., albo wstydzimy się przyklęknąć, gdy idzie ksiądz z Jezusem, ale zapalić kadzidełko to bardzo chętnie!

W Rybnie wita nas obraz Jezusa Miłosiernego zawieszony na drzewie tuż nad aleją prowadzącą do małego, starego domku, w którym mieszkają Siostry Służebnice Bożego Miłosierdzia. Niestety, już wiemy, że z żadną nie porozmawiamy, ponieważ w Wielkim Poście nie przyjmują gości. To najmłodszy, klauzurowy zakon w Polsce.

Wchodzimy do maleńkiej kaplicy, gdzie jest wystawiony Najświętszy Sakrament. Cisza. Jesteśmy sami, nie licząc sióstr klęczących za drewnianymi kratami. Żadna na nas nie spojrzy, wpatrzona w Jezusa. I taka refleksja. Że ja tak nie potrafię. Nie potrafię zapomnieć o całym świecie chociaż na chwilę podczas modlitwy. Tutaj najważniejszy jest Jezus! Wychodzę na dwór. W ganku mój wzrok pada na leżące tam ulotki i co widzę?

"...Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi... Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami... Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie... W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie tego życzycie... Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają..."

Don Dolindo Ruotolo, kapłan, który żył i umarł w opinii świętości, spisał poniższy tekst zainspirowany przez Jezusa.

 Św. siostra Faustyna zachęca do uczynków miłosierdzia, które mogą być praktykowane w trojaki sposób:

1. Czynem

2. Słowem, przez przebaczenie i pocieszenie

3. Modlitwą, która dostępna jest nawet, gdy nie można spełnić uczynków miłosierdzia ani też

wypowiedzieć słowa przebaczenia lub pocieszenia.

Myślę, że to było właśnie to, czego szukałam! "Oddajcie to wszystko Mnie!".

Czas na Mszę Św. i Gorzkie Żale w pobliskim kościele. Jeszcze raz wracamy na krótko do kaplicy sióstr.

" Lepiej jest być ubogim w dobrach ziemskich aniżeli biednym na duszy i w wierze. Najlepszą pomoc przyniesiesz ludziom, gdy będziesz się za nich modliła. Modlitwa za innych jest największym wyrazem miłości".

Te słowa, jakie Anioł Stróż przekazał Natuzzie Evolo, włoskiej stygmatyczce, o której również czytamy podczas drogi. Odwożąc panią Renatę, wchodzimy na herbatę. Dominik był grzeczny, jak mówi Tata, tylko jakoś obiadu się nikomu nie chciało gotować! :)

Jesteśmy zmęczeni. Niektórym jazda dała się bardzo we znaki. Opowiadam później krótko o rodzinie Dominika Kasi, która sama jest mamą i która jest pod wrażeniem całej Rodziny, tego, jak się nawzajem wspierają mimo takiego nieszczęścia.

Radom. Jacek nas rozwozi do domów. Dzień się kończy, ale czy był to dobry dzień? Chyba tak, skoro Kasia na pożegnanie powiedziała, że zastanawia sie nad przyłączeniem do nas, wolontariuszy.

Kasiu, szkoda czasu na zastanawianie. Kolejne marzenia czekają do spełnienia!
Dzięki, Panie Boże za tych wszystkich ludzi wkoło mnie i za te "inne" rekolekcje.

 

Wasz korespondent hospicyjny
prosto z drogi
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Dzwoni telefon

         Dzwoni telefon. Odbiera dr Maria. Jakiś czas z kimś rozmawia. Dochodzą do mnie pojedyncze słowa: „...Gonimy już resztką sił, ale oczywiście nie mogę pani odmówić pomocy...”Tzn., że zostało przyjęte nowe zgłoszenie w Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu.


        Mój dyżur jest w sobotę, ponieważ wtedy mogę poświęcić tam cały dzień. O godz. 10 jest śniadanie, na którym rozmawiamy o tym co nas czeka. Dziś zaczynamy Mszą Św. u pana Stasia, którego stan jest ciężki, ale ma ogromną wolę walki. Wszyscy Go podziwiamy. Jedziemy w pięć osób; ks. Marek, dr Maria, trzy wolontariuszki, które odwiedzają naszego chorego i ja, Monika. Rodzina już na nas czeka. Najpierw jest Spowiedź, a potem Msza Św., podczas której wszyscy przystępujemy do Komunii Św. Pokój jest rozświetlony światłem ze wszystkich lamp. Podczas modlitwy Ojcze Nasz, trzymając się za ręce  robimy krąg. Widzę w wtedy łzy w niektórych oczach. Każdy każdemu przekazuje znak pokoju, jako jedna, wielka rodzina. Po Eucharystii jest czas na kawę i ciasto oraz pogawędkę. Są kawały o blondynkach i teściowej, które rozbawiają pana Stasia jak też nas wszystkich. Chory dziękuje za wspólną modlitwę, jest wyraźnie radośniejszy. Musimy jechać dalej.


Mamy teraz trochę czasu, więc bierzemy się za mycie naszych żółtych pojazdów (posługa wolontariusza Hospicjum, nie ogranicza się tylko do obecności przy chorym). Jeszcze tylko wspólny, szybki obiad i w drogę.
Zabieramy naszego nowego wolontariusza Dawida i w składzie dr Maria i ja, jedziemy do Kasi, naszego chorego dziecka. Kasia jest na nas troszkę obrażona. Swoim zachowaniem próbuje nas w pewnym sensie szantażować. Kiedy doktor ją bada, my mamy czas porozmawiać z resztą rodziny i zaprzyjaźnić się z psem, który zostaje przekupiony przez Dawida ptasim mleczkiem. Po badaniu, jest „100 pytań do...”, czyli mama dziewczynki pyta lekarza; co, jak, po co i dlaczego tak. Niektóre trudne pytania zostają jednak bez odpowiedzi. Żegnamy całą zwariowaną rodzinkę i wracamy do „bazy”. 

          Chwila oddechu. Coś, jakiś nudny dziś ten dzień- myślę sobie, a kiedy tak sobie pomyślę, zawsze zdarzy się coś niespodziewanego. Ale po kolei. Razem z naszą pielęgniarką Basią, jedziemy do pana Jana ( nowotwór pęcherza moczowego). Jestem tu po raz pierwszy. Nie będę Wam opowiadać na czym polega posługa przy tym chorym, bo jest to dość nie miłe dla samego chorego, jak i dla naszych wolontariuszy (przynosi jednak ulgę panu Janowi!).Ja w czasie, kiedy medyczni zajmują się panem Janem, albo rozmawiam z jego żoną, albo biegam co chwilę po coś do karetki. Kiedy wizyta zbliża się do końca, dr Maria dostaje telefon. Dzwoni córka chorej z nowotworem gruczołu krokowego. Są jeszcze pod opieką przychodni paliatywnej i mieli przyjść do nas w poniedziałek, ale chora krwawi i bardzo źle się czuje. Szybka decyzja, choć dość trudna, bo; jest już późno, przed dr Marią jutro daleka droga a już jest zmęczona i do tego, pierwsze wizyty trwają długo. Jesteśmy niedaleko, jedziemy.


         W domu zastajemy dwie córki i męża chorej, zdenerwowanych i zrozpaczonych. Stan pani Krysi bardzo ciężki. I teraz szybka akcja. Doktor razem z pielęgniarką próbują zatrzymać krwawienie z guza, ja w tym czasie łamię ampułki, nabieram lek do strzykawki i biegam w te i we w te do karetki po wszelkie brakujące medykamenty ( dobrze, że to drugie piętro), oraz opowiadam panu Mieczysławowi (mężowi chorej) o naszej posłudze. Słyszę słowa  skierowane do mnie:„ Ty chyba jesteś bez grzechu, bo ciągle Msze Św, Komunie?” Panie Mieciu, niestety jesteśmy zwykłymi ludźmi. Mamy swoje kłopoty, wady ,złe dni. Doktor później będzie się ze mnie śmiała, że jestem „chłopcem na posyłki”. Mogę być nawet chłopcem, jeśli tylko na coś się przydam!


         Po chwili udaje się zatamować krwawienie, a w między czasie zostają podane kroplówki i leki przeciwbólowe. Zostaje założony opatrunek. Przyjeżdża  ks. Marek. Kiedy pani Krysia zostaje „zabezpieczona fizycznie”, czas na „zabezpieczenie duchowe” tzn. Spowiedź Św. i Sakrament Chorych. Wszyscy stajemy dookoła  modląc się w intencji chorej i w jej intencji przyjmujemy  Komunię Św. Pani Krysia zasypia. Teraz przy herbacie jest czas, aby spokojnie porozmawiać, dowiedzieć się o przebiegu choroby, zapoznać się z rodziną i podtrzymać ją na duchu.

         Zakładamy zeszyt, w którym będzie zapisywane wszystko, co zostało podane, jaki był stan chorej, jakie leki, jak podawać i kto z wolontariuszy przychodzi. Oraz wszelkie możliwe telefony do nas.
Zostaje założony chorej tzw. motylek, aby leki podawać pod skórę. Lek ten będzie nieustannie podawać takie małe urządzenie (to jest dopiero technika!) .
To, co mnie uderza podczas tej wizyty, to sposób w jaki pan Miecio zwraca się do swojej żony. Pani Krysia już nie jest młoda, a Jej wygląd pozostawia wiele do życzenia i do tego jeszcze ta rana. No i to, że trzeba pomóc w toalecie i w ogóle. On bierze żonę na ręce i mówi-„ Moja ty królowo”. Piękne, prawda?!

         Umawiamy się, że jutro wieczorem przyjedzie pielęgniarka i zrobi następną dawkę leku, oraz ewentualnie zmieni opatrunek , poda kroplówkę i założy cewnik.
Jest godz.0.20. Żegnamy wszystkich, życząc spokojnej nocy. Kiedy podchodzę do pani Krysi mówi do mnie: „ Bóg zapłać za wszystko”. Całuję Ją w policzek i mam nadzieję, że zobaczymy się jutro. Nie myślcie, że chcę jechać do pani Krysi, bo nie mam co robić w niedzielę. Nie. Tylko tak sobie myślę, że jak zespół, to zespół. Zawsze do czegoś się przydam Basi, naszej pielęgniarce, no i zobaczę całą rodzinkę, którą zdążyłam polubić.
Niestety. Następnego dnia po południu dostaję wiadomość, że pani Krysia zmarła.
Jest to trudne. Tyle wysiłku i wszystko na marne! Zmęczenie, nie wyspanie, cały ten stres. Jednak nie prawda, bo kiedy później słyszę słowa osoby osieroconej:

„...Wielkie dzięki wszystkim wolontariuszom. To tacy dobrzy Aniołowie, którzy służą swoją pomocą. Dziękujemy za każdą pomoc z waszej strony, za wsparcie duchowe, rozmowę, uśmiech. Gdy patrzyłam na pracę dr Marii, na jej oddanie mimo zmęczenia, myślałam, skoro Ona tak może to ja też dam radę. Postanowiłam już wtedy, że zostanę jedną z nich. Na zawsze pozostaniecie w naszych sercach!...” (Anna Bińkowska)

To był naprawdę dobry dzień. Chwała Panu.

Wasz czasem zasapany korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Małgosia

Droga
Przy drodze krzyż!
Idziesz tamtędy, a więc się zbliż.
Spójrz w Chrystusa zbolałą twarz
I jarzmo własnych swych cierpień zważ.
Rozważ jak cierpiał Chrystus- Człowiek Bóg.
I nie usuwaj kamieni z dróg,
Którymi iść Ci kazał Pan,
Lecz idź z Chrystusem, by nie był sam.
(autor nie znany)

Kochani! Pewnie jak to przeczytacie, powiecie: „wariatka!”. I pewnie będziecie mieli rację. Dodajcie tylko do tego „boża”, bo tyczy się to też do innych mnie podobnych.
Niektórzy z Was pamiętają Małgosię. Dla niewtajemniczonych kilka słów wstępu.
Małgosia ma 20 lat. Pod opieką Hospicjum jest od września 2007. Ma lekkie upośledzenie, dlatego przebywa w ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Ma tylko tatę, dziadka i wujka z najbliższej rodziny. Jej mama i babcia zmarły na raka.
Dotychczas byliśmy u Małgosi towarzysko (my, wolontariusze nie medyczni). Teraz potrzebna jest opieka całodobowa.
Swój nocny dyżur razem z Anią zaczynamy Mszą Św., bo z własnego, krótkiego doświadczenia wiem, że tylko siłami ludzkimi nie damy rady.


            Kiedy wchodzimy do pokoju naszej podopiecznej, zajęta jest wyklejaniem małymi kulkami plasteliny obrazka dla jednej z wychowawczyń. Wita nas dość chłodno, bardziej zajęta swoją pracą. Następnego dnia ma być wielkie święto. Zostanie Jej udzielony Sakrament Bierzmowania. Jest tym faktem bardzo przejęta. Co jakiś czas przypominamy sobie regułkę, którą ma powiedzieć w czasie udzielania sakramentu. Ma trudności z zapamiętaniem, ale chęci ogromne! Mówi, że przed snem jeszcze raz sobie powtórzy i schowa kartkę pod poduszkę (podobno pomaga, muszę spróbować).


          Czas na leki i wieczorną toaletę, bo już bardzo późno. Stan Małgosi się pogorszył od czasu, kiedy Ją widziałam po raz ostatni. Jest o wiele słabsza. Musimy pomóc Jej się umyć. Kiedy patrzę na to umęczone, wychudzone ciało, przed oczami mam obraz Jezusa ubiczowanego, z tą tylko różnicą, że nie posiada ran ciętych, ale praktycznie całe pokryte jest brodawkami (choroba skóry, która doprowadziła do powstania nowotworu). 
Przyjeżdża doktor Iza z pielęgniarką Basią. Rutynowe badanie, osłuchiwanie, rozmowa z chorą. Dostaję bardzo dziwne zadanie do wykonania. Kiedy medycy przygotowują sprzęty, aby przepłukać port (urządzenie w ciele chorej, przez które podaje się chemię), ja głaszczę lewy bok Małgosi. Jest to miejsce, w którym ulokował się rak i wypycha skórę. Przynosi to naszej podopiecznej ulgę, więc... czemu nie? Śmieję się przy tym, że Ania powinna stanąć za głową chorej z takim wielkim wachlarzem i wachlować naszą Królewnę. Ja będę podawać zimne napoje. Dołożyłam do tego próbę łaskotek i jest... Małgosia zaczęła się śmiać.
Nie ma się czemu dziwić. Dziewczynka była wystraszona tym małym zabiegiem, który Ją czekał. Żeby dodać otuchy, ląduję na łóżku przy chorej i trzymam Małgosię za rękę. Uśmiecha się, kiedy słyszy moje słowa, że jest bardzo dzielna. Na koniec całuję Ją w czoło i zasypia. Ostatnie wskazówki od dr Izy i zostajemy same.


            Ja jeszcze wertuję zeszyt, bo jutro mam egzamin. Gosia budzi się, karze podać sobie ową kartkę z tekstem, czyta kilka razy i wkłada pod poduszkę.
Ania pozwala mi się trochę zdrzemnąć (to już następny dzień). W nocy nasza podopieczna budzi się cztery razy, ponieważ boli. I choć razem decydujemy jaki lek przeciwbólowy podać, to właśnie Ania zajmuje się podaniem. Dopiero nad ranem kładzie się na chwilkę.
Rano, przed godz.7 w oczekiwaniu na naszą zmienniczkę, robi herbatę. Żadnych wymówek, uskarżania się. A ja, wstyd się przyznać, ledwo mogę otworzyć oczy. Dzięki Ania!
Małgosia jeszcze śpi, kiedy zostawiamy Ją pod opieką Basi i pędzimy do pracy. Żegnam się z Anią i wzajemnie dziękujemy sobie za dyżur. Zastanawiam się, jak da sobie radę w pracy. Skoro mnie się mieni w oczach, to co dopiero Jej? (Podobno trochę trzęsły Jej się ręce)
Na Bierzmowaniu już nie mogłam być, bo musiałam pędzić na egzamin z dydaktyki. Wiem z opowiadań, że było bardzo uroczyście. Sakramentu udziela ks. Biskup Stefan Siczek.
Nie wiem, czy poduszka pomogła w zapamiętaniu, ja zapomniałam włożyć swój zeszyt, zresztą i tak spałam bez poduszki.
Nasz już w pełni świadomy chrześcijanin, wyjechał na ferie do domu tj. ok. 70 km. za Radom. Myślicie, że to już koniec naszej opieki? Nie! W sumie trzy razy w tygodniu są u Niej nasi wolontariusze.

           I powiedzcie, czy to nie paradoks? Jedni odchodzą od łóżek swoich pacjentów, drudzy bez żadnego wynagrodzenia są z nimi w dzień i w nocy. Jadą w sumie 140 km., bo jedna, maładziewczynka nas potrzebuje! Dlaczego?


„... Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?...
„... Tego, co ja czynię, ty teraz nie rozumiesz,
ale później będziesz wiedział...”
„... Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi,
to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi
dałem wam bowiem przykład...”
J 13 6-16

Kolejny dzień pod znakiem Hospicjum już za mną. Trochę zmęczona i niewyspana, ale szczęśliwa. Mam nadzieję, że przed następnym dyżurem nocnym będę mogła się wyspać, żeby się Ani „odpłacić”. Aha ! Egzamin zaliczony!


Wasz zwariowany,
czasem zaspany
ale uśmiechnięty
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Weronika

Miłość jest wszędzie wokół, Nie trzeba wcale

Daleko szukać Miłości, by

Umieścić Ją w sercu.

Mówią:

Miłość nie mieszka w twym sercu jak w domu,

Miłość jest miłością

Gdy oddasz ją komuś.

(„Dzieci i śmierć” E. Kübler – Ross)

 

Niedzielne, późne popołudnie. Razem z doktor Marią wchodzę do małego mieszkanka w jednym z bloków. W drzwiach wita nas uśmiechnięta, ale zmęczona młoda kobieta. Uściski jak zwykle na powitanie.

W pokoju, na rozłożonym łóżku, spod różowego kocyka widać łysą główkę. Ciszę w mieszkaniu zakłóca praca koncentratora tlenu i chrapliwy oddech chorej.

Moją uwagę od razu przykuwają zdjęcia stojące na regale. Blond loki, duże, niebieskie oczy i szeroki uśmiech. Aż się nie chce wierzyć, że to ta sama dziewczynka leży na łóżku! Maska z tlenem, sonda w nosku do podawania leków i jedzenia, pompa podająca leki podskórnie. To wszystko w takim małym ciałku. Weronika ma 3 lata. Aż się serce kraje! Delikatnie całuję Ją w główkę. Jest rozpalona, ma gorączkę. Nasze maleństwo po podaniu przez Mamę leków przeciw drgawkowych teraz śpi. Co jakiś czas musi być odsysana, to jest tzw. „toaleta drzewa oskrzelowego”.

Pan Tomek, tata Weroniki jest akurat w kościele. Mama, pani Marlena, opowiada o ostatniej nocy i dniu. Przeszła szybki kurs pielęgniarstwa podczas opiekinad córką. To dla Niej zrezygnowała z pracy. Jest bardzo dzielna!

Szykujemy nową dawka leków do pompy, doktor bada i ogląda Weronikę ze wszystkich stron. Dziewczynka na chwile jakby się budzi i choć nie ma z Nią żadnego kontaktu, mówimy do Niej o wszystkim, co będziemy robić. Podczas odsysania spływa z oczka łza...

Pani Marlena pyta o stan córki. Wie, że choroba robi ogromne postępy. Potrzebuje tylko potwierdzenia i ... dostaje je! Jest to trudne dla nas wszystkich. Nagle chowa twarz w dłoniach i płacząc mówi, że bardzo kocha swoją córkę i chce, żeby żyła, ale nie chce patrzeć na to cierpienie! I jeśli tak ma dalej być, to żeby Pan Bóg Ją zabrał! Jesteśmy tuż obok. Próbuję się opanować, ale łzy płyną mi po policzkach same. Najchętniej bym krzyczała. Jesteśmy tu jednak nie po to żeby robić sceny, ale żeby wspierać! Kiedy wraca pan Tomasz, „wracamy do normalności”. Każde z Nich przeżywa to, co się dzieje na swój sposób. Mama rozmawia o zbliżającym się końcu, tata milczy. Tylko pod namową żony rozmawia o bliskiej śmierci. Każde z Nich ma prawo przeżywać ból na swój sposób. Najważniejsze, żeby byli razem! Można powiedzieć, że już teraz w pewien sposób przeżywają żałobę.

Doktor Maria jest tam codziennie z pielęgniarką lub wolontariuszem. Nasza Monika też bardzo często, prawie co dzień. Czasem jej towarzyszę, czasem jesteśmy oddzielnie. Rodzice są bardzo otwarci na nas. Można nawet powiedzieć o pewnym rodzaju Przyjaźni. Bardzo ważne jest takie obopólne zaufanie.

W wolnej chwili, podczas kolejnej wizyty, pytam Mamę o chorobę Weroniki. Okazuje się, że już podczas jej wykrycia rok temu, były przerzuty do węzłów chłonnych i szpiku. Chemioterapia przynosiła zadziwiająco dobre rezultaty. A Weronika? Była pogodnym, bardzo mądrym dzieckiem. Tak, jak wszystkie „onkologiczne dzieci”, szybko „wydoroślała”. Nie bała się szpitala. Zawsze dość chętnie tam jeździła. Do czasu ostatniej wizyty. Czy coś przeczuwała? Trudno powiedzieć. Podobno jak nigdy, płakała i nie chciała zostać. To podczas tej dawki chemii nastąpiły komplikacje, utrata przytomności, wodogłowie. Do domu wróciła karetką. Stan był ciężki. Śladowy kontakt, czasami uśmiech, reagowała na dotyk. Z każdym dniem coraz więcej spała. Męczyły Ją napady drgawek, prężeń.

Pewnego dnia, podczas kąpieli, po prostu przestała oddychać! Mama i nasza wolontariuszka Monika zdawały sobie sprawę, co się dzieje, ale nie wpadły w panikę. Pani Marlena nie była jeszcze gotowa na odejście i powiedziała do córki, żeby nie umierała, bo nie ma dla Niej sukienki. I jak na grzeczną dziewczynkę przystało, chora po chwili zaczęła... znów oddychać. Sukienka była gotowa następnego dnia rano. Trzeba było tylko szepnąć Weronice, że już może odejść. Tylko i aż! Jak pozwolić tak po prostu umrzeć jedynemu dziecku. Choć rozum mówił swoje, serce nie chciało słuchać!


Weronika słabła z każdym dniem. Zapytałam doktor, czy Ją coś boli? Odpowiedziała mi, że prawdopodobnie nie. Wszystkich znajomych prosiłam o modlitwę. Sama też błagałam o pomoc Matkę Najświętszą w codziennych Różańcach.

Przyszedł czas pożegnania. Weronika podobno przyśniła się swojemu Tacie. We śnie trzymał Ją na rękach, uśmiechniętą. A Ona po chwili powiedziała, żeby położył Ją do łóżeczka, bo jest już zmęczona.

Usiedli we trójkę (była też Monika), tata wziął córkę na ręce. Długo wspominali spędzone razem chwile, wyjazdy, zabawy. Dziękowali za te 3 lata, kiedy mogli być razem. Tata szepnął do uszka córeczce, że może odejść. Dr E. Kübler – Ross pisze w swoich książkach, że umierające dzieci czują, że ich rodzice nie są jeszcze na to gotowi. Prawdopodobnie Weronika też to czuła. Mogła spokojnie odejść, kiedy usłyszała, że już sobie poradzą i żeby się nie martwiła o Nich. Odeszła cicho, następnego dnia w południe, w ramionach swoich rodziców.

Już nie słychać dźwięku koncentratora. Pozostały ulubione zabawki i różowy kocyk
i ta niczym się nie dająca zapełnić pustka...

Dziękuję Aniołku, że mogłam być przy Tobie! Żałuję tylko, że nie poznałam Cię, gdy byłaś rozbieganym brzdącem. Ufam, że kiedyś się spotkamy i choć może Cię nie poznam, wyjdziesz mi na spotkanie. Może będziesz miała dalej te blond loki?

 

Dziękuję Bogu za Was, Rodzice Weroniki! Za to, że stanęliście na wysokości zadania! Za to, że pokazaliście, co znaczy słowo Miłość! Dziękuję za zaufanie, jakim nas obdarzyliście.

 

Oddaję w twe ręce dziecko me

Na krótki czas, chwile, tak Bóg do mnie rzekł.

Kochaj go tak długo, jak będzie żyć,

I płacz nad nim, kiedy zabierze go śmierć.

 

 

Zostanie przy tobie przez kilka tygodni,

A może prze lata, trzydzieści lub trzy,

Lecz zanim zawezwę go tutaj z powrotem,

Ja proszę cię bardzo, opiekuj się nim.

 

Rozjaśni twe życie radością i wdziękiem,

I nawet, gdy wkrótce od ciebie odejdzie,

Zostawi ci piękne wspomnienia o sobie,

Złagodzą twój smutek i ulżą w żałobie.

 

Nie mogę obiecać, że z tobą zostanie,

Bo wszyscy opuszczą na ziemi mieszkanie.

Posyłam go do was na okres nauki

Dla wiedzy po którą powinien wyruszyć.

 

Zostawiam swe dziecko w twych rękach na ziemi,

By żyło tam wespół z wami wszystkimi.

A wraz z nim posyłam wam również nauki

Dla tych dusz, do których to dziecko przemówi.

Na świecie szerokim długo szukałem

Ludzi uczciwych, o sercach prawych,

I wreszcie znalazłem wśród życia wielu dróg,

Wybrałem ciebie, rzekł do mnie Bóg.

 

Czy będziesz go kochać miłością dość silną?

Czy uznasz, że poszła na marne twa praca?

I kiedy pojawię się, by go odzyskać,

Nie nazwiesz mnie winnym,

Gdy uznam, że czas do mnie wracać?

 

Cieszy mnie to, kiedy mówisz: O, Panie,

Niech Twoja, nie moja, wola się stanie.

To dziecko sprawiło nam tyle radości,

Że warte jest starań, wyrzekam się roszczeń.

 

Będziemy je chronić z największą czułością

I póki możemy, darzymy miłością.

Za szczęście, którego z nim zaznajemy,

Jesteśmy Ci wdzięczni. Dziękujemy.

 

Wezwałeś go, Panie, do siebie za wcześnie.

Nie byliśmy rozstać się gotowi jeszcze.

Wybacz nam, proszę, nasz smutek i żal

I pomóż zrozumieć Twój boski plan.

 

(„Dla Johna z wyrazami miłości” w „Dzieci i śmierć” E. Kübler – Ross)

 

 

Wasz zapłakany
korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Miłość nigdy nie ustaje

„Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Miłość nigdy nie ustaje.”

Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku. Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie żyć. A jak tu się nie złościć, kiedy jest się sparaliżowanym od pasa w dół!?

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS

Konferencje 2017 - Relacje Wideo

  • Wartość życia – hospicjum perinatalne -  prof. dr hab. n. med. Bogdan Chazan
  • Obecność księdza E. Dutkiewicza SAC w życiu wolontariuszy hospicyjnych - dr Anna Byrczek
  • Nauczyciel we współczesnej schola mortis - dr Agnieszka Janiak
  • Uczynki miłosierdzia w perspektywie posługi hospicyjnej - ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski
  • Żałoba jako doświadczenie bólu wszechogarniającego - dr Jolanta Grabowska-Markowska
  • Jak przeżywają żałobę dzieci - dr Joanna Domańska
  • Posłańcy Bożego Miłosierdzia - dr Robert Wiraszka
  • O seniorach w hospicjum - prof. dr hab. n. med. Krzysztof Bielecki
  • Dobra Nowina w formacji duchowej wolontariatu - dr hab. Krzysztof Leśniewski
  • Bezradność i zaradność w opiece nad nieuleczalnie chorym dzieckiem - ks. dr Grzegorz Godawa
  • Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci - dr hab. Józef Binnebesel
  • Otwarcie duchowe na chorego a zawód lekarza – narracje lekarzy - dr Beata Antoszewska