Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Mój czas wolny

Czas wolny - bardzo zajęty


Wreszcie koniec sezonu i trochę więcej czasu wolnego. Nadeszła sobota 27.12 i dzień mojego dyżuru z doktor Marią.

    Jak to się często zdarza, mała zmiana planów. Mam pojechać razem z Anią pielęgniarką do pana Grzesia (doktor jest na innej wizycie i ma do nas dołączyć). Na dziś zaplanowano tu Mszę Św. z okazji 15- lecia małżeństwa Basi i Grzegorza. Jest cały dom ludzi, ok. 50 osób, ks. Proboszcz no i my, dwie przestraszone wolontariuszki hospicjum. Piszę przestraszone, bo chory jest w ciężkim stanie i ewidentnie coś się dzieje. Bardzo szybki puls i niskie ciśnienie. Może w ten sposób reaguje na ten otaczający Go gwar, a może to coś innego??? Stoimy obok łóżka, od czasu do czasu na nie zerkając. Najcudowniejszy jest najmłodszy syn, Albert, który wskakuje obok Taty. Wszyscy przyjmują Komunię Św. w intencji Jubilatów. Sam chory , jako, że nie przełyka otrzymuje odrobinę Krwi Pańskiej w małej strzykawce. Wszystko przebiegło bez zakłóceń. Ciśnienie się podniosło po podaniu wody z solą. I po co było się tak bać? Po Eucharystii oczywiście poczęstunek i kiedy zostajemy praktycznie same, przystępujemy do zmiany plasterków i opatrunków. A jest tego nie mało. Wszystko się robi powoli, odmaczając najpierw plasterek przed zdjęciem, bo skóra jest bardzo delikatna i podatna na urazy. Trzeba jeszcze odessać chorego, co nie jest przyjemne dla nikogo, ale przynosi ulgę w oddychaniu.

    Wracamy do bazy na Wiejską i zabieramy ks. Marka. Przed nami nowa wizyta u dziecka. Jedziemy ok. 20 km poza Radom. Mały, drewniany dom bez łazienki i wszelkich wygód. Mateusz, (tak ma na imię główny bohater) patrzy na nas z zainteresowaniem. Urodził się jako wcześniaczek z wodogłowiem pół roku temu. Od tego czasu jest pierwszy raz w domu rodzinnym, bo przebywa w hospicjum w Łodzi. Teraz nasz malec waży ok. 6 kg i jest uroczy! Zapoznajemy się z Rodziną, doktor oczywiście bada Mateusza, co Mu wcale nie odpowiada. Umawiamy się na kolejną wizytę, tak, by była cała Rodzina na 1.01 i wracamy do Radomia, bo czeka nas jeszcze jedna pierwsza wizyta.

    Starsze małżeństwo ok. 80-letnie. Pani Elżbieta jest bardzo obolała. Nie daje dotknąć sparaliżowanej ręki, do tego leży praktycznie cała mokra. Po podaniu leków przeciwbólowych robimy toaletę. Chora ma powalający uśmiech. Jest spowiedź i Msza Św. przy łóżku, oraz sesja zdjęciowa. Doktor Maria razem z księdzem zwracają uwagę na pewne rzeczy, które znajdują się w domu. Mimo, że Rodzina katolicka a otaczają się przedmiotami z pogranicza magii. Wszystkie te rzeczy zostały wyrzucone, bo nie idą  w parze z wiarą w Chrystusa, który właśnie wszedł do tego domu.

    Doktor umawia kolejną wizytę na jutro, czyli niedzielę przed południem, aby sprawdzić działanie leków przeciwbólowych i ogólny stan podopiecznej. Zgłaszam się na ochotnika i w ten sposób jestem tu również następnego dnia (dołączyła do nas wolontariuszka Ania).
     Pan Mieczysław, mąż chorej, widać, że odżył, uspokoił się, choć raczej nie radzi sobie z prowadzeniem domu i opieką nad żoną.

     Dziś już leki działają i możemy panią Ele posadzić na krzesełku toaletowym, aby sprowokować wypróżnienie, którego od dawna nie było, jednak bezskutecznie. Znów toaleta, kroplówka i próby przekonania pana Mieczysława do np. materaca przeciwodleżynowego zakończone bezowocnie.
     I tak wygląda każdy kolejny dzień u pani Eli. Każdego ranka, (nie wyłączając niedziel i świąt) wolontariusz razem z pielęgniarką dzwonią do tych drzwi, aby pomóc w pielęgnacji; umyć głowę, posadzić na krzesełko toaletowe, podać leki i picie oraz na koniec przy kawie pogadać z panem Mieczysławem. W nagrodę? Uśmiech panie Eli jest bezcenny!

Cd.

    Dwa tygodnie później jestem znów z Anią aby zmienić opatrunki.  Na widok ciała całego w plasterkach robi mi się nie dobrze. Chyba nie dam rady! Wszystko trzeba robić bardzo delikatnie, bo skóra rwie się jak papier. Padam na kolana, w tej pozycji jest najwygodniej, ale ten widok przypomina mi ciało Chrystusa zdjętego z krzyża a obok stoi Matka (Mama pana Grzesia), więc jak tu nie klęknąć?! Dołącza do nas doktor Maria i kiedy już jest wszystko skończone, okazuje się, że jest w pampersie stolec i niektóre plasterki musimy zmienić, bo pod nie podpłynęło.


    Ania umawia się na kolejną wizytę w poniedziałek na 16. Pan Grześ odszedł właśnie o tej godzinie...

„Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”

Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk 

Czytaj dalej...

Anielski orszak

„Anielski orszak niech Twą duszę przyjmie...”


    Jest sobota 11 stycznia 2014r. Spieszę do naszej bazy hospicyjnej, bo dziś wypada mój dyżur. Czekamy jeszcze na przybycie reszty naszego składu, a są to dziś: doktor Maria, pielęgniarka Ania, klerycy, Kamil i Konrad (od kilku lat bardzo dobrze układa się nasza współpraca z naszym WSD. Przyszli księża uczą się z nami posługi hospicyjnej) i ja, Monika. Okazuje się, że jak to często u nas bywa, pomieszały się nam plany. Najpierw jedziemy do pana, który wczoraj został przyjęty pod opiekę, a którego stan jest bardzo zły. Oddajemy się w opiekę Matce Bożej a doktor po drodze opowiada do kogo jedziemy.

    Wchodząc do domu, witamy się z panem Augustynem. Jest tak chudziutki, że pod skórą odznacza się każda kosteczka. Ma podłączony tlen i materac przeciwodleżynowy. Obok żona, która próbuje podać jakąś zupkę lub kisielek (wciąż bezskutecznie) i dwoje dorosłych dzieci. Wczorajszy wieczór był przerażający dla rodziny, bo wszyscy myśleli, że chory odejdzie. Na szczęście było hospicjum i atak duszności został pokonany. Jednak, rodzina nie jest przygotowana na śmierć. Chory, choć tak wyniszczony przez chorobę, do ostatnich dni jeszcze uczestniczył w życiu rodziny. Doktor bada, osłuchuje, podajemy leki do tzw. motylka. Nasza pielęgniarka Ania szkoli córkę, która będzie to dalej robić. W tym czasie syn przywozi z naszej wypożyczalni specjalistyczne łóżko dla Taty. Wszystko opisane, pokazane. Umawiamy się, że ja przyjdę tu w poniedziałek przed 12 aby zrobić kolejny roztwór leków do podania.

    Spieszymy się, bo jedziemy daleko za Skaryszew na pogrzeb naszej zmarłej pani Ani. Udaje nam się dotrzeć na czas (co nie często się zdarza). Jest kilku celebransów, klerycy, wolontariusze i pełen kościół ludzi. Wszyscy chcemy się modlić i dziękować Dobremu Bogu za dar tego życia. Rzadko się zdarza, ale w tym domu modlitwa przy umierającej trwała nieustannie. Najbliżsi mieli nadzieję do końca, że zdarzy się cud i myślę, że się zdarzył. Chora odeszła, ale za Jej sprawą wiele modlitw popłynęło w niebo przez te kilka dni. To widać było Bogu potrzebne w dzisiejszym zagonionym świecie!

    Trochę zmarzliśmy w kościele, na szczęście mamy ogrzewanie w samochodzie i daktyle do jedzenia. Doktor Maria zna już okoliczne miejscowości, więc nie wracamy do Radomia, tylko drogą „na skróty” jedziemy w okolice Wierzbicy. Pana Władysława znamy już od dłuższego czasu. Jest tu biednie. Grzyb na ścianach. Na posterunku przy chorym – żona, która sama ledwo chodzi, ale zawsze częstuje „czym chata bogata” (pyszne kanapki), my natomiast tym razem przywozimy chleb i materac na wymianę, bo obecny już podziurawiony jak ser szwajcarski. Stąd już blisko do pani Ani. Następuje mała konsternacja. Nie wiemy jak rodzina zareaguje na alumnów? Podejmujemy decyzję: chłopaki idą w sutannach i niech się dzieje! Oczywiście, nie było czym się martwić zawczasu! Nasza podopieczna jeszcze młoda, bo pięćdziesięciokilkuletnia osoba, ale mocno zmieniona przez chorobę. Nie możemy się nadziwić, że para ze zdjęcia, wyglądająca jak serialowi aktorzy, to ci sami ludzie! Podczas badania, chłopaki wychodzą do kuchni robić kawę. Za kilka dni nasze dziewczyny przyjadą tu pobrać krew do badania.

    Kiedy wychodzimy z wizyty, okazuje się, że następuje kolejna zmiana planów. Ja i klerycy zostajemy u naszej rodziny osieroconej, którą mieliśmy w planie odwiedzić, a dziewczyny wracają w okolice Odechowa, gdzie właśnie odszedł nam chory.
    Wchodzimy do domu, gdzie dwa tygodnie temu umarło dziewiętnastomiesięczne dziecko, nasza Weronika. Na miejscu łóżeczka stoi już szafka, tylko miejsce w sercu nadal puste. Jak ciężko! Pozostały łzy, wspomnienia i jeszcze raz powrót do tego, co było. Czy można było temu zapobiec? Zapobiec chorobie? Łzy się kręcą w oku na widok Matki kryjącej twarz w dłoniach, gdy mówi o swoich przeżyciach! Brakuje nam naszego aniołka!
    Jesteśmy jak zwykle spóźnieni. Wracamy do bazy, gdzie odbywa się już ważne spotkanie, na którym podejmujemy bardzo ważną decyzje. Chcemy objąć większą liczbę chorych. Sprawa jest o tyle trudna, że nasze dwie lekarki mają już i tak napięty rozkład dnia, a zwiększona ilość podopiecznych, musi się równać z obecną jakością naszej posługi! Ciężki orzech do zgryzienia, gdy ma się tylko12 pielęgniarek i kilkunastu wolontariuszy niemedycznych! Ale jak to jest napisane: „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”, a my chcemy nasze dzieło robić razem z Nim, więc może z Jego pomocą...

    Spotkanie się kończy, klerycy wracają do seminarium (dzięki chłopaki!), a my wracamy do pana Augustyna. Już na pierwszy rzut oka widać, że chory odchodzi, ale najbliżsi tak go kochają, że wcale nie dopuszczają takiej myśli do siebie. Staram się wytłumaczyć spokojnie żonie, że choremu potrzebny jest już tylko spokój i modlitwa. Ania prosi o gromnicę. Zaczynamy odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Pan Augustyn „patrzy już nie widzącymi oczyma” gdzieś w dal, oddycha bardzo cichutko, coraz wolniej, wolniej... Doktor zamknęła dłonią otwarte powieki.


„Anielski orszak niech Twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba.
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi
Aż przed Oblicze Boga Najwyższego”


We trzy myjemy i ubieramy zmarłego. Kręgosłupy bolą od nachylania się nad niskim łóżkiem (rodzina nie zdecydował się przenieść chorego na przywiezione łóżko).
Uściskiem ręki i uśmiechem dziękujemy sobie za  skończony dyżur, życząc również spokojnej nocy. Kiedy wchodzę do domu jest 23 40.


Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk


P.S. Zacytowany tu refren, pochodzi z jednej  z najpiękniejszych pieśni śpiewanych na uroczystościach żałobnych o Aniołach i Miłosierdziu Bożym. Chciałam przy tej okazji podzielić się z Wami taką refleksją. Bardzo mnie boli, kiedy wizerunek i symbol anioła, ludzie używają w niewłaściwy sposób, np. na domu publicznym!!!  

Czytaj dalej...

Znów zaczęliśmy

    Kiedy latem zaczynałyśmy robić nasze prace, wszyscy się dziwili, to już na Święta robicie? A my z uporem maniaka odpowiadałyśmy, że to już najwyższy czas! Bo rzeczywiście, czas szybko zleciał. Ale po kolei.
Robienie  szyszek

     Jak co roku, na naszą ostatnią Mszę Św. dla osieroconych przed Bożym Narodzeniem, przygotowujemy małe upominki. Musimy zrobić to na zasadzie „coś z niczego”, bo nie mamy na to żadnych funduszy. Udało mi się skrzyknąć kilka dziewczyn tzn. 4 szt. (w tym Renata, nasza osierocona, jedzie aż 40 km do nas) i wymyśliłyśmy choinki z szyszek. Potem dołączyły do nas jeszcze inne wolontariuszki.

Akcję finałową, czyli pakowanie, ustaliłyśmy na ostatni, ciepły weekend października i korzystając z pięknej pogody, pracowałyśmy na naszym hospicyjnym podwórku. W sumie naszych choinek wyszło ponad 360! (szczególne podziękowanie dla Eli i Renaty!)

 

Renatka  szyszki
Dziewczyny powiedziały, że jakby co, to one chętnie! No i szybko taki czas nastał. Właśnie wpadłam na swój kolejny, genialny pomysł! Jak są chętni do pracy, to trzeba to wykorzystać, więc zróbmy kolejne ozdoby przeznaczone tym razem na kwestę!


Pomysł został entuzjastycznie przyjęty, za to ja, ciężko przestraszona! Dlaczego? Mamy robić jakieś ozdoby świąteczne (dowolność plastyczna) a połowa grupy deklaruje, że są antytalęciami! Mówią: „Wymyśl coś, my możemy pakować!” czyżby się zrodził nowy rodzaj wolontariusza - pakowaczka?


Monika i szyszki
A skąd weźmiemy materiały? Ano, jak zwykle trzeba będzie prosić dobrych ludzi,  a co się nie uda zdobyć tą drogą, trzeba będzie kupić. I tu wpadłam na kolejny genialny pomysł! Otóż, przed naszym 10-leciem, wolontariusze podjęli się pościć 10 dni (każdy jak uważa) a pieniądze zaoszczędzone w ten sposób oddać biednym. My po prostu te pieniądze przeznaczymy na potrzebne materiały. Nieźle to wymyśliłam, nie?

Ludzie pomóżcie! Zbieramy wszelkie ozdoby świąteczne ręcznie wykonane z przeznaczeniem na kwestę na rzecz naszego hospicjum! Za wszystkie rzeczy serdecznie dziękujemy i zapraszamy do współpracy!


Wasz  goniący resztkami sił
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Matka Jezusa

„ ...Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń  wziął Ją do siebie”

J. 19, 26-28


      Kolejne, pracowite popołudnie w hospicjum. W sumie trzy wizyty, w tym dwie poza Radomiem. Wszystkie trudne, bo a to nie można założyć cewnika, a to trzeba chorego wysłać do szpitala i to natychmiast! Ja chciałabym się podzielić z Wami tym, co dla mnie było najtrudniejsze tego dnia.

         Nie mogłam być na ostatnim spotkaniu dla posługujących, gdzie omawiani są nasi chorzy, ich sytuacja, problemy, więc, kiedy powiedziano, że jedziemy do pani Ani, pomyślałam, ot, kolejna chora. 

       Kiedy weszliśmy do domu „przywitał” nas płacz i krzyki dziecka. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Weszliśmy do małego pokoju umalowanego na niebiesko, gdzie ściany domagają się odświeżenia. Moim oczom ukazał się taki widok. Na takim rozkładanym fotelu, tuż nad podłogą leżała młoda, 36 letnia kobieta. Rurka tracheotomijna w szyi, jedno oko na wpół przymknięte z powodu paraliżu. Wita nas uśmiechem i szeptem. Nogi mi wrosły w podłogę. Przecież Ona jest młodsza ode mnie, pomyślałam!

       Jak zwykle nastąpiło badanie chorej. Pani Ania porozumiewała się z otoczeniem za pomocą kartki i długopisu. W ten sposób przekazała doktor wszystkie potrzebne informacje, resztę dokończyła mama chorej kobiety. Wkrótce okazało się, z jakiego powodu był ten płacz. Otóż syn naszej podopiecznej Borys, złapał jakąś infekcję i podawany antybiotyk nie tylko nie poprawił stanu zdrowia, ale pojawiła się wysypka. Dziecko usłyszało, że jeśli kolejny lek nie pomoże, będzie musiało pojechać do szpitala. Jak można nie być przestraszonym, kiedy się słyszy coś takiego a mama po przyjściu właśnie ze szpitala, wygląda tak, jak wygląda?


        Borys się uspokaja, zostaje z nami w pokoju. Zajmujemy go rozmową o rysowaniu, nawet coś tam rysuje na karteczce. Zostaję przedstawiona jako „nadworna” malarka i że potrafię malować anioły. Pada propozycja, żebym narysowała anioła dla Borysa. Pytam chłopca jak jego zdaniem wygląda anioł? Według niego ma długie, ciemne włosy, skrzydła, aureolę, długą suknię. Pytam czy ma nogi? Odpowiedź brzmi: „Po co mu nogi, jak ma skrzydła?” Wszyscy oczywiście wybuchają śmiechem, że zadają takie niemądre pytania, ale ja mam w tym ukryty cel! To ciekawe, jak dzieci widzą te Niebieskie Stworzenia, oprócz tego, wciągamy chłopca w rozmowę (może na chwilę zapomnieć o kłopotach) i po prostu z nami pobyć! Rysuję na małej karteczce aniołka według opisu Borysa, trzymającego serduszko. Gotowy rysunek bardzo się podoba. Pada pytanie, czy może wziąć i czy ... może się do Niego modlić? Mówię, że do tego nie, ale namaluję anioła, którego poświęcimy i do którego będzie można się modlić.

        Anioł był gotowy w ciągu trzech dni. Po kilku kolejnych, został poświecony. Jednak zawsze coś stało na drodze, żeby obraz zawieść. Okazja nadarzyła się dopiero w Wielki Piątek. Na wizytę jechaliśmy z bijącymi sercami, nie wiedząc, co nas czeka, bo chora właśnie przyjechała z naświetlań.

       Pani Ania bardzo, bardzo słaba. Nawet tak proste badanie jak podniesienie nóg do góry, zmęczyły chorą. Obraz został zaakceptowany uśmiechem i szeptem, że bardzo ładny i „wylądował” w pokoju syna  (nawet pasował kolorystycznie do koloru pokoju). Aby nasza podopieczna mogła odpocząć, przeszliśmy do pokoju obok. Babcia nam wyjawiła, że martwi się o wnuczka, ponieważ jak sam stwierdził, jego modlitwy nie przynoszą rezultatów. Miał nadzieję, że teraz, gdy mama wróci ze szpitala będzie już dobrze... Ks. Marek poszedł z nim pogadać. Jak przebiegała rozmowa, nie wiem, ale tak sobie myślę, że ciężko jest wytłumaczyć małemu chłopcu to, co się dzieje. Dlaczego jego mama jest tak ciężko chora i nie może się z nim bawić, odrabiać lekcji a woli spokój i ciszę?! Dlaczego???

      Borys ma jeszcze jedną Mamę, która będzie przy nim, gdy ta odejdzie. Nie zdaje sobie z tego sprawy, że jest pod szczególną opieką Maryi. Ona wie, co to znaczy stracić najbliższego i go nie opuści! Tylko jak ciężko w to uwierzyć?


„Oto Matka twoja”


wasz korespondent hospicyjny
MonikaWężyk

Czytaj dalej...

Św. Weronika

         Dawno, dawno temu, daleko stąd, żyła sobie kobieta imieniem Weronika.

       Początek jak z bajki, prawda, ale to nie bajka. Przenieśmy się 2000 lat wstecz. Wszyscy znacie tę kobietę. Ja Ją sobie wyobrażam jako niską, szczupłą  i piękną, młodą dziewczynę. Ciemne włosy i oczy. Jest czuła na krzywdę drugiego człowieka, jak to się mówi, ma dobre serce. Nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród grona znajomych. Spokojna, tak, jak inne kobiety wówczas w Jerozolimie, zajmuje się gospodarstwem domowym. Nie wiemy kiedy i jak dowiedziała się o Chrystusie. W Piśmie Św. jest tylko krótka wzmianka o Jej wyczynie. Tak, wyczynie, bo wyobraźcie sobie szalejący tłum, który żąda śmierci i żołnierzy, którzy próbują ten tłum powstrzymać, aby Ten, Który jest tak znienawidzony, mógł nieść swój krzyż dalej. Tłok, zamęt, hałas i Ona, dziewczyna, która podchodzi do Jezusa i wyciera Jego twarz zlaną krwią i potem. Na pewno musiała odczuwać lęk. Zwyciężyło jednak Jej dobre serce! I choć nie jestem feministką to muszę powiedzieć: „Kobiety górą!” Uczniowie uciekli, jeden się zaparł, Szymona musieli przymusić do pomocy a Ona, kobieta?! Za ten miłosierny gest Pan Jezus odwdzięczył się pozostawieniem swojego odbicia na chuście.

        Dlaczego piszę o tej Weronice? Całkiem niedawno poznałam też taką wspaniałą kobietę. Jest również piękna i ma tak samo na imię. Włosy ciemno blond, delikatnie się kręcą. Nie wiem jakiego koloru ma oczy, bo zawsze śpi, ale jak słodko wygląda leżąc na brzuszku! (bardzo to chyba lubi) No oczywiście, nasza bohaterka ma 10 miesięcy, urodziła się  w zamartwicy, po długim i ciężkim porodzie. Przeżyła niewydolność krążenia, oddychania, nerek – była dializowana i dopiero po 3 miesiącach po urodzeniu mogła wrócić do domu ze skierowaniem do Hospicjum Domowego. ( no i niech ktoś mi powie teraz, że miał ciężki start w życiu!).

         Od momentu poznania Weroniki, zastanawiałam się dlaczego Bóg pozwala na takie cierpienie? Zastanawiałam się też, po co ratować takie dzieci? Może jest to okrutne z mojej strony, ale pewnie wielu z Was przychodzi do głowy taka myśl. Z tymi pytaniami zwróciłam się do doktor Marii, lekarza hospicyjnego. Szczerze mówiąc, trochę się bałam reakcji na takie „głupie” pytanie, ale na szczęście jak to doktor powiedziała, był akurat dzień cierpliwości. A oto, co mi odpowiedziała.
Wiele dzieci rodzi się w zamartwicy, wielu nie daje się większych szans na życie, ale dzięki nowoczesnej medycynie, rehabilitacji, wiele udaje się uratować. Czasem wykonuje się cesarskie cięcie, aby zminimalizować skutki porodu. Gdy wiemy, że dziecko w łonie matki jest już poważnie chore, czasem rodzi się siłami natury i wówczas np. umiera. W Polsce powstały już hospicja, które zajmują się rodzicami, którzy spodziewają się chorego dziecka. Ratujemy wszystkich, bez wyjątku! To nie my możemy decydować, które dziecko może żyć! Tak też było z Weroniką.
 Rodzice, natomiast, stoją przed trudnym zadaniem opieki nad takim dzieckiem, ale zadaniem wszystkich (nie tylko hospicjum) jest pomóc im.

        Jak, tak sobie nad tym wszystkim myślałam, to przyszła mi do głowy odpowiedź na moje pytanie i stąd ten wstęp o Św. Weronice. Otóż, Pan Jezus s. Faustynie powiedział, że ten świat już dawno by zginął, gdyby nie „Ofiara chorych dzieci”! Ta mała Weronika, tak samo jak jej imienniczka, idzie razem tą Drogą Krzyżową z Chrystusem i ociera Mu twarz. Choć zdaniem doktor Marii, nasza podopieczna nie cierpi, ale cierpi cała jej Rodzina, która potrzebuje wsparcia. Św. Weronika po otarciu twarzy Jezusowi zapewne została gdzieś
w tyle, zagłuszona przez tłum. Jedyne, co Jej zostało to chusta. A Rodzice naszej Weroniki? Też zostają w tyle, niezrozumiani przez najbliższych, z ciężarem trosk, rachunków, kolejnych wizyt w szpitalu.


„Jeżeli chcesz mnie naśladować,
to weź swój krzyż na każdy dzień
i choć ze Mną zbawiać świat
kolejny już wiek”



        Kochani Rodzice! Jesteście naprawdę dzielni! Nie można też zapomnieć o starszej siostrze Weroniki, która dzielnie asystuje przy swojej młodszej siostrze!  Nie załamujcie rąk! Kiedyś wszyscy się dowiemy, dlaczego? Teraz idźmy razem z Chrystusem i pomóżmy małej, św. Weronice ocierać Jego twarz!
Zachęcam wszystkich do modlitewnego wsparcia dla Rodziny naszej Weroniki, Martyny i innych, którzy są w podobnej sytuacji!


Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

 

 

 

Czytaj dalej...

Św. Monika

Większość z nas ma swojego świętego patrona i pewnie wielu z was nie wie kim był?! Spieszę podzielić się takim moim zabawnym doświadczeniem właśnie w związku z moją patronką Św. Moniką.

Może to wynik rozmów z moją koleżanką baptystką, nie wiem. Wiem tylko, że od pewnego czasu zagubiła się moja wiara jeśli chodzi o świętych. Jakoś nie mogłam się przekonać do oddawania czci relikwiom. Nawet rozmowa z księdzem podczas rekolekcji nie przyniosła rezultatów. Oczywiście, poszłam ucałować relikwie św. Wincentego Pallottiego, ale tylko dlatego, że nie wypadało zrobić inaczej. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mamy oddawać cześć jakiś tam kosteczkom, czy kawałkowi materiału a nie samemu Bogu?!

Nadszedł 27. 08 dzień mojej patronki Św. Moniki. Wybrałam się na Mszę Św. do mojego kościoła parafialnego. Już wchodząc, zauważyłam, że na ołtarzu stoi relikwiarz. I mówię sobie: „O, nie! Nic z tego! Nie będę szła całować znów jakiś kosteczek! Nie i koniec!” Na zakończenie Mszy ksiądz mówi: „Jako jedyni w okolicy, mamy relikwie ... Św. Moniki. Za chwilę można je będzie ucałować”.

W pierwszej chwili znieruchomiałam. Nie jestem w stanie powiedzieć Wam, co czułam w tym momencie. Po prostu oczy zrobiły mi się jak wielkie piłki, ręce opadły... i co zrobiłam? Wstałam, i jak ten czarny baranek (już nie nazwę się owieczką tylko barankiem, nie obrażając baranków), idę w stronę ołtarza. To, co czułam w tej chwili pamiętam jak dziś. Powstrzymywałam łzy, czułam się zawstydzona moimi wcześniejszymi zapewnieniami i może nie uwierzycie w to, co napiszę, ale czułam, że nie idę tam ucałować kosteczek, czy czegoś innego. Wydawało mi się, że to sama Św. Monika czeka na mnie pod ołtarzem. Czeka i uśmiecha się od ucha do ucha, że udało Jej się zrobić mi taki kawał! (za każdym razem, jak o tym myślę, to mi się gęba śmieje). Był to taki dobrotliwy uśmiech kogoś, kto mnie bardzo kocha i patrzy z pobłażaniem i cierpliwością na to, co robię. A cierpliwości Jej nie brakowało, bo nie wiem, czy wiecie, ale Św. Monika przez 30 lat modliła się o nawrócenie swojego Syna a ów Syn, to Św. Augustyn! Nie wiem, czy zmieniło się moje podejście do relikwi, ale wiem na pewno, że do tych relikwi na pewno!

Św. Moniko, módl się za mną i naucz mnie takiej cierpliwości i wytrwałości!

 

PS. Dla zainteresowanych, relikwie Św. Moniki są w kościele Chrystusa Króla na Gołębiowie I.

Czytaj dalej...

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny...

Mt.25, 13

 19 grudnia 2012 r. płatki na śniadanie i poranna kawa (bez której się nie mogę obejść) i idę rano na Roraty. Potem jestem umówiona z panią Helą, żoną naszego podopiecznego (Dziadka Tadka) na pogawędkę. Nie zabieram ze sobą telefonu, bo po co? Kto mnie będzie szukał tak rano, przecież jestem na zwolnieniu!

Po Mszy Św. wstępuję tylko do sklepu, robiąc małe zakupy i pochłonięta swoimi myślami idę jeszcze ciemnymi ulicami Radomia. Zrezygnowałam z przejścia na światłach, bo dalej też będzie przejście (po co mam teraz czekać na zielone?) Kiedy doszłam już do owego przejścia, po jednej i drugiej jego stronie moim oczom ukazał się sznur samochodów.
I pytanie: „Dlaczego, nie przeszłam wcześniej? Teraz muszę czekać!” Kiedy tak sobie stałam, nagle podjechała żółta karetka i zatrzymała się tuż za przejściem. Ojej! Kiedy podbiegłam i otworzyłam drzwi usłyszałam: „Wsiadaj, ja po ciebie!” Nie wierzyłam własnym uszom! Po chwili doktor Maria (bo to Ona była kierowcą owej karetki) wyjaśniła całą sytuację. Otóż, zadzwonili dziś ok. 6 30 Rodzice naszego 13-letniego Dominika, że źle oddycha. Doktor chwilę się zastanawiała, po kogo zadzwonić, żeby nie jechać samej. Pomyślała o mnie, wszak byłam tam na pierwszej wizycie ponad 5 lat temu i znam Rodzinę Dominika a przypuszczała, że to mogą być Jego ostatnie chwile. Próbowała się do mnie dodzwonić, ale nie odbierałam telefonu. Pomyślała, że jestem w kościele i nawet podjechała pod mój blok. Jak sama stwierdziła, modliła się w duchu, że jeśli mam to być ja, to żebym się znalazła i ... zauważyła mnie na przejściu dla pieszych. (dobrze, że nie przeszłam wcześniej, bo po drugiej stronie byłyby marne szanse dojrzenia mnie). Fajnie, bo już inne wolontariuszki zostały postawione w stan pogotowia w razie gdyby... Odwołałam wizytę u pani Heli i „popędziłyśmy” za Radom.

Od mojej ostatniej wizyty Dominik urósł. Już chyba od ponad roku był stale podłączony do koncentratora tlenu. Tak lepiej Mu się oddychało. Rodzice zapłakani, siostra Wiktoria, nie poszła dziś do szkoły. Doktor zbadała chorego, odmówiliśmy wspólnie Koronkę. Padła propozycja, aby pojechać po księdza, by udzielił Sakramentu Chorych. Akurat ksiądz z tej parafii wyjechał już na spowiedź i pan Sławek (ojciec Dominika) pojechał do sąsiedniej parafii. Udało się w ostatniej chwili, bo proboszcz też właśnie jechał na spowiedź. Obecność sympatycznego i uśmiechniętego kapłana, wlała w nasze serca spokój. Dominik zaczął lepiej oddychać, tzn. miedzy dotychczasowymi oddechami, pojawiły się kolejne, jakby wracał do życia. Pomyślałam: „Albo ten Sakrament pomógł (wielu mówi, że odczuło dużą poprawę), albo, jak to nieraz jest, poprawiło się tuż przed końcem”. Nic jednak nie powiedziałam. Pojawiły się na stole kanapki, kawa ... Około południa Dominika przełożono na drugi bok. Lekarz razem z Mamą stały przy łóżku, a ja siedziałam z Wiktorią przy stole. Nagle doktor się odwróciła do nas i powiedziała, żebyśmy odmówili Różaniec. Momentalnie padliśmy na kolana. Przy 3 Tajemnicy Dominik przestał oddychać. Dokończyliśmy kolejne dziesiątki, choć przez łzy. Boleść Rodziny była ogromna! A ja sobie pomyślałam, że teraz Dominik idzie z Jezusem za rękę, śmieje się i rozmawia. I byłam ciekawa, czy jest szczęśliwy, mogąc się wreszcie poruszać? (z Dominikiem praktycznie od urodzenia nie było kontaktu).

Doktor poprzesuwała wizyty i zostałyśmy z Wiktorią, aby Rodzice mogli pojechać i kupić ubranie dla syna. Wszak, nigdy nie wychodził z domu. Była godzina ok. 15, kiedy wyjechałyśmy w stronę Radomia, odmawiając po drodze jeszcze raz Koronkę. Doktor wróciła do swoich zajęć a ja do swoich. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, minęła mnie na ulicy, ale już nie zauważyła. Na samo wspomnienie tych porannych poszukiwań, śmieję się i mówię, że słowa z Pisma Św. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”, nabrały dla mnie teraz jeszcze innego znaczenia. W dzisiejszych czasach, nawet i bez telefonu można znaleźć kogoś, jeśli jest tylko taka Wola Boża 

Pogrzeb zgromadził wielu ludzi. Było bardzo zimno, choć słonecznie. Ksiądz proboszcz powiedział wiele ciepłych słów o Rodzinie, która przez te wszystkie lata opiekowała się Dominikiem i o nas wolontariuszach. Nawet sam zaproponował zbiórkę datków na rzecz hospicjum. Wpadliśmy jeszcze na herbatę do opustoszałego domu, gdzie zostało tylko puste łóżko. Jak sobie poradzą teraz nasi bohaterowie? Będziemy się modlić za Dominika, za naszą kolejną Rodzinę osieroconą i pewnie czasem Ich odwiedzimy jadąc przejazdem lub będziemy spotykać się na naszych spotkaniach w hospicjum.

A do Was, którzy czytają tę historię prośbą! Zmówcie choć czasem Zdrowaśkę za Nich i pamiętajcie! NIE ZNACIE DNIA ANI GODZINY!

 

Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Szpital

Miały być to tylko badania. Lekarz powiedział, że potrwają ok. tygodnia, a jak się wszystko inaczej potoczyło?

Zaraz następnego dnia punkcja i leżenie 3 godz. płasko na brzuchu, następnie 3 dni leżenie płasko i wstawanie tylko za swoją potrzebą i do posiłku. Okazało się, że mam tzw. syndrom popunkcyjny, który objawiał się tym, że każde podniesienie się z łóżka sprawiało ogromny ból głowy, którego, jak twierdzili medycy, nie można było uśmierzyć żadnym lekiem. Od samego rana szły kroplówki nawadniające, przeciwbólowe, przeciwgorączkowe. Do łazienki „biegłam” najszybciej jak się da, najgorzej było z jedzeniem, bo same łzy płynęły po policzkach z bólu. Kiedy myślałam, że już będzie lepiej, zaczęły się wymioty, więc przestałam jeść (bo i tak nie miałam na nic ochoty) a do zrobienia badania rezonansem, musieli mnie uśpić, ponieważ kolejne „podróże” na badania potęgowały te dolegliwości!

W rezonansie wykryto zmiany, których wcześniej nie było i ... kolejna punkcja. Okazało się, że oprócz anemii, przyplątało się wirusowe zapalenie opon mózgowych! Do płynów, które dostawałam, doszły antybiotyki i leki przeciwzapalne. Leżenie na płasko i takie ilości płynów, powodowały, że byłam jak „bania napełniona wodą”. Moje żyły zaczęły odmawiać posłuszeństwa i każde podłączenie kroplówki powodowało ogromny ból w rękach , jakby miało ją rozerwać! Widok zbliżającej się pielęgniarki wyzwalał we mnie panikę. Nie byłam w stanie powstrzymać łez! A do tego, wenflony nie wytrzymywały więcej niż dobę i znalezienie na moich rękach dobrej żyły graniczyło z cudem! (zdarzały się i trzykrotne próby wkucia)

Moje cierpienie spotęgował również fakt, iż moja mama wpadła pod samochód i miała nogę w gipsie! Ja leżałam „bezczynnie” a Ona była bez pomocy, gdyż na moją najbliższą rodzinę (dwaj bracia) nie można było liczyć!

Na wysokości zadania stanęli moi Przyjaciele z hospicjum. Ksiądz Wojtek odprawił Mszę Św. w niedzielę w mojej sali, wielu mnie odwiedzało, byłam stale otoczona modlitwą. Najwięcej zawdzięczam Zosi. Była ze mną codziennie. Kiedy jeszcze nie mogłam wstawać, umyła mnie na łóżku, a potem już pod prysznicem. Kiedy w niedzielę zabrakło różowych wenflonów, biegała po oddziałach, żeby zdobyć cieńszy, niebieski, aby można było podłączyć kroplówki. Przynosiła różne potrzebne rzeczy, zabierała pranie, szykowała kanapki, kiedy ja, „przywiązana do kroplówki” nie mogłam ruszać rękom, lub nawet wstawać. Po prostu BYŁA!

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Bo chcę podziękować Bogu i ludziom!

Zacznę od ludzi, którzy mnie nie zostawili, kiedy tak bardzo potrzebowałam ich pomocy! Przyjaciele z Caritas modlili się za mnie i odwiedzali, również i dalsza Rodzina!

A za co jestem wdzięczna Bogu? Za to, że dał mi poznać, jak to jest z drugiej strony łóżka. Do tej pory, to ja wychodziłam, a chory zostawał. Teraz wiem jakie to przykre! Kilka osób powiedziało, żebym nie zmarnowała tego cierpienia! Kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, musiałam zagryźć wargi, żeby się nie rozpłakać! Łatwo się mówi, gorzej wykonać! Dopiero później byłam w stanie oddać ból kolejnych nieudanych prób założenia wenflonu w jakiejś intencji. (kolejna lekcja dla mnie! Uważaj na to, co mówisz!) Kiedy tak bardzo się źle czułam, nie miałam ochoty na Różańce i inne powtarzane modlitwy. Każde zamknięcie na chwile oczu, powodowało jakieś koszmarne, czarne wizje. Nie dało się myśleć pozytywnie ani przywoływać miłych wspomnień! Pozostało tylko wzdychanie do najlepszego Lekarza, który codziennie przychodził do mnie w Najświętszym Sakramencie i Jego „pielęgniarek”, czyli aniołów, na czele z moim Aniołem Stróżem! Fajnie było wówczas posłuchać czegoś wesołego! Nie myślcie sobie, że jestem aż taką płaczką, ale podczas Mszy Św. i Przeistoczenia również połykałam łzy leżąc na łóżku i postanowiłam sobie, że już zawsze podczas Eucharystii będę klęczeć na dwa kolana przed Nim!

Kiedy już poczułam się lepiej i nie była podłączona do kroplówki, jako wolontariusz hospicyjny i po prostu człowiek, starałam się pomagać innym na oddziale, czy to posmarować kanapki, podać coś do picia, czy podnieść zapłakanych na duchu. Dobrze było „wracać już do siebie”!

Nastał wytęskniony dzień. Wychodzę, choć nie do końca podobno zdrowa. Ręce bolą, trochę osłabiona ale szczęśliwa, że to wszystko już za mną. Mam nadzieję, że na bardzo długo!

 

Wasz jeszcze obolały
Wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

O nas

W każdy trzeci wtorek miesiąca wolontariusze spieszą na Wiejską na spotkanie dla posługujących. Zaczynamy o godz.15-j Koronką do Bożego Miłosierdzia. Na początku wspominamy tych, którzy odeszli do Pana od ostatniego spotkania. Tym razem to tylko 2 osoby. Jest to dla nas bardzo ważne, bo bardzo często miedzy nami a chorymi nawiązują się ciepłe relacje, nawet przyjaźnie. Wszyscy wiemy, co się czuje, kiedy taka osoba odchodzi. To taka chwila, by powiedzieć na głos własne myśli.

Omawiamy naszych chorych tzn. tych, których stan się pogorszył lub dzieje się coś, co jest ważne w opiece oraz nowo przyjętych. Jest to bardzo dobry sposób, żeby się do pewnych rzeczy przyzwyczaić, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy nie pojedzie się do tego akurat chorego, więc dobrze jest coś o Nim wiedzieć wcześniej. I tak np. jest mowa o naszej chorej z ogromnym nowotworem na policzku. Widziałam na zdjęciu. Możecie mi wierzyć, że ci, którzy tam jadą, są naprawdę dzielni! Odstrasza nie tylko widok, ale i zapach. Następuje wymiana informacji co i jak najlepiej robić oraz jak zniwelować nieprzyjemny zapach i kto kolejnego dnia pojedzie na zmianę opatrunku, a jeździ się codziennie. Szybko mija czas na omówieniu tak ważnych kwestii. Zbieramy się do domu. Jeszcze rozmowy z przyjaciółmi i myślę już o kopytkach, które czekają na mnie w domu. Ale, ale, doktor Iza biega zdenerwowana do magazynku i… niestety zostajemy wezwani na interwencję do pana Waldemara. Nasza lekarka trochę zdenerwowana, bo już drugi dzień nie może sobie nic zaplanować. Jedziemy w cztery osoby.

Teraz nastąpi krótka charakterystyka grupy:

Doktor Izę już znacie. Obok, jako kierowca, tragarz, pielęgniarz-asystent nasz „nadworny komik” – Sławek ( Najbardziej Uśmiechnięty Wolontariusz Roku 2011), pielęgniarka Monika (ostatnio hospicjum obrodziło w Moniki), która pracuje na chirurgii ogólnej w jednym z naszych radomskich szpitali a pomiędzy dyżurami, posługuje u nas jako wolontariusz. No i ja, też Monika. Mnie też już znacie i mam nadzieje, że od tej dobrej strony J.

Pan Waldemar cierpi. Nie ma z Nim kontaktu, choć reaguje na to co się mówi. Jęczy. Służba medyczna myśli intensywnie nad lekami. Całe zdenerwowanie doktor gdzieś znika a pojawia się na twarzy troska o chorego. Kroplówki idą, a Ona zamiast iść do drugiego pokoju na herbatę, siedzi i obserwuje, czy podane leki przynoszą ulgę. Kiedy jęki ustają, na stanowisku pozostaje pielęgniarka Monika. I tak schodzi 2 godz. Pomagamy jeszcze przed wyjściem ułożyć chorego i na tym dziś już koniec. Sławek rozwozi nas do domów. Wszyscy jesteśmy zmęczeni (Monika po nocnym dyżurze w szpitalu).

Trochę późno, ale kopytka czekają. Zdążyłam wejść do domu z naszym „tragarzem” Sławkiem. Dzwoni telefon. Doktor Iza prosi o szybki powrót do bazy, bo jest nowa interwencja, tym razem chora w Cerekwi ma napady drgawek. Kopytka nie zając, nie uciekną. Biorę jabłko i biegniemy do karetki. To jak serialowy „Ostry dyżur”, tyle, że na żywo. Niestety, doktor jeszcze nie odpocznie. Zabieramy z bazy Zosię i tak pędzimy na sygnale do wzywających.

Pani Basia jest pod naszą opieką od niedawna. Na miejscu okazuje się, że prawdopodobnie to nie były drgawki, tylko jakiś przykurcz mięśni. Jednak to chyba dobrze, że tu przyjechaliśmy. Wystarczy spojrzeć na twarz chorej. To jeden Pan Bóg wie, ale pani Basia może z nami długo już nie pobyć.

Następuje jak zwykle skrupulatne badanie i osłuchiwanie. Będzie założony cewnik, aby chora nie musiała chodzić do łazienki, bo nie ma na to siły. Kroplówka przywiązana gumką do żyrandola, to normalny widok w domach naszych chorych. Idzie z niej lek, inne podane są doustnie. Asystujemy razem z Zosią przy założeniu cewnika. Dzięki Bogu wszystko się udaje. Jeszcze tylko materac przeciwodleżynowy i chora zostaje położona do łóżka. Nie na długo jednak. Z moich obserwacji wynika, że chorzy w tych ostatnich dniach, mimo braku sił, chcą gdzieś iść. Tak jest też w przypadku pani Basi. Co chwila prosi żeby Ją posadzić. To będzie ciężka noc. Na szczęście jest obok cała Rodzina, więc jakoś będą się zmieniać.

Staramy się razem z Zosią jak najwięcej pomóc, by na ile się tylko da odciążyć doktor (Sławek rozmawia z mężczyznami w kuchni). Jak się potem okazało, miałyśmy z Zosią te same myśli, tzn. zastanawiałyśmy się kiedy ostatni raz byłyśmy razem na wizycie. To było
3 lata temu, u Jej chorej Mamy. To zabawne, że obydwu nam przyszło to na myśl.

Nasza lekarka przed odjazdem bierze na stronę najstarszą córkę chorej na rozmowę. Prawdopodobnie chce przygotować Rodzinę do tego, co nieuchronnie nastąpi.

W drodze powrotnej dzięki naszemu Sławkowi, nie opuszcza nas dobry humor. Może się zdziwicie, ale jest i tak ciężko a co by było, gdybyśmy jeszcze i my zaczęli płakać? Dzięki Ci Panie za Sławka!

Kiedy wchodzę do domu jest godzina 00.00. Kopytka zostają w lodówce, szybka toaleta, kanapki na jutro do pracy i jeszcze tylko budzik, który ma mnie jutro obudzić
o 5 rano… Dobranoc.

Następnego dnia w pracy cały czas myślę o tym dziwnym, minionym dniu
i o spotkanych ludziach. Sms od doktor: „dobrze się wczoraj spisałaś” sprawia, że mimo pochmurnego i śpiącego dnia się uśmiecham. To był dobry dzień.

„Musisz żyć dla innych jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”
Seneka Młodszy

PS. Pani Basia odeszła w czwartek rano do Domu Ojca.

Szepnijcie w wolnej chwili Zdrowaśkę za tych, którzy posługują i za tych, w których domach jesteśmy!

Prosto z „ostrego dyżuru”
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Pan Zbyszek

Życzę ci dużo pieniędzy, dobrego samochodu, pokaźnego konta w banku, dobrze płatnej pracy itd. itp. Takie życzenia pewnie często słyszymy a może też często składamy? A wiecie, czego sobie życzy pan Zbyszek?

Mieszka sam, żona zmarła przed kilku laty. Wykształcony, kiedyś pracujący na wysokim stanowisku. Mieszkanie 3-pokojowe w bloku. W sumie nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Oczywiście, jest choroba nowotworowa, jednak to nie największe zmartwienie. Zawsze wykąpany i wypachniony czekał na wizyty hospicyjne. Zawsze bardzo miły, nawet szarmancki. Jedyny syn otrzymał bardzo dobre wykształcenie i jak to się mówi, start
w dorosłe życie.

Znacie już marzenie naszego chorego? Tak! Pragnie spotkać się z własnym, od lat nie widzianym synem i wnukiem. Stracił już dużo pieniędzy na telefony, bez skutku. Nawet nasza wolontariuszka, która się Nim opiekuje, próbowała dzwonić. Odzywa się tylko automatyczna sekretarka. Nic nie pomagają zostawiane wiadomości. Tęsknota za synem staje się tak ogromna, że chory nie ma woli życia. Staje się apatyczny, depresyjny, co jeszcze pogłębia dolegliwości wieku starczego.

W każdy trzeci wtorek miesiąca, wolontariusze spotykają się, by omówić chorych i ustalić grafik dyżurów. Podczas tego spotkania rozmawiamy o panu Zbyszku. Sytuacja jest dramatyczna! Sami nie jesteśmy w stanie zapewnić całodobowej opieki choremu, który odmówił pójścia do Domu Opieki. Nie przyjmuje leków, jedzenia i wody. Po prostu nie chce. Tylko usilne starania i prośby naszych wolontariuszy i przyjaciółki chorego są w stanie przynieść efekt. Nawet zrobienie toalety staje się problemem, bo chory nie chce współpracować. Jest nas mało, ale musimy choremu zapewnić opiekę najlepiej jak się da. Będziemy chodzić po dwie osoby dwa razy dziennie. Jest to ogromny wysiłek, tym bardziej, że są jeszcze inni chorzy. Zostają poruszone instytucje, których zadaniem jest opieka nad takimi ludźmi.

I tak, siedem dni w tygodniu, nasi ludzie, rowerami, samochodami lub na własnych, często bolących nogach idą do naszego pana Zbyszka. Wizyty trwają dwie lub trzy godziny, bo chodzi o to, żeby z chorym oprócz zrobienia potrzebnych rzeczy, po prostu pobyć. Czasem jest miło i spokojnie, a czasem chory odmawia wszystkiego, łącznie z przyjęciem bodaj odrobiny pokarmów, wody i leków. Bywa też agresywny. Najlepszy wpływ na chorego ma nasza Terenia, która mieszka najbliżej i do tej pory sama praktycznie opiekowała się naszym podopiecznym. Jednak, jak sama przyznaje, często wracała do domu z płaczem.

Mój pierwszy dyżur mnie ominął, ponieważ pan Zbyszek został zabrany do szpitala. Byłam jeszcze w czwartek i w niedzielny wieczór. Udawało nam się rozweselić chorego, porozmawiać o tym, co się dzieje dookoła, powspominać miniony bal i posnuć plany na kolejny. Z wizyty na wizytę, było widać zmiany zachodzące w naszym podopiecznym. Trzeciego mojego spotkania z panem Zbyszkiem już nie było, ponieważ dla swojego dobra został znów zabrany do szpitala (odmawiał przyjęcia czegokolwiek a uskarżał się na ból). Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałam się o Jego śmierci! Niestety, jak zwykle po czasie, przychodzi myśl, że można było więcej, lepiej, że wystarczyła po prostu moja obecność, uśmiech aby ten samotny człowiek nie czuł się taki opuszczony.

Myślę, że będzie z nami na naszym balu hospicyjnym i pozostanie na zawsze w naszych sercach!

Pogrzeb zgromadził tylko kilku sąsiadów, parę osób z rodziny (tak oczekiwanego syna z wnuczkiem…) oraz 14 wolontariuszy, którzy w ten sposób chcieli pożegnać zmarłego.

Życzę Ci zdrowia, a jeśli kiedyś przyjdzie Ci się zmagać z jakąś chorobą, to niech znajdą się ludzie (jeśli masz- to najbliższa Rodzina), którzy nie dla pieniędzy, ale z potrzeby serca, zaopiekują się Tobą i będą do ostatniej chwili!

Wasz korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS

Konferencje 2017 - Relacje Wideo

  • Wartość życia – hospicjum perinatalne -  prof. dr hab. n. med. Bogdan Chazan
  • Obecność księdza E. Dutkiewicza SAC w życiu wolontariuszy hospicyjnych - dr Anna Byrczek
  • Nauczyciel we współczesnej schola mortis - dr Agnieszka Janiak
  • Uczynki miłosierdzia w perspektywie posługi hospicyjnej - ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski
  • Żałoba jako doświadczenie bólu wszechogarniającego - dr Jolanta Grabowska-Markowska
  • Jak przeżywają żałobę dzieci - dr Joanna Domańska
  • Posłańcy Bożego Miłosierdzia - dr Robert Wiraszka
  • O seniorach w hospicjum - prof. dr hab. n. med. Krzysztof Bielecki
  • Dobra Nowina w formacji duchowej wolontariatu - dr hab. Krzysztof Leśniewski
  • Bezradność i zaradność w opiece nad nieuleczalnie chorym dzieckiem - ks. dr Grzegorz Godawa
  • Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci - dr hab. Józef Binnebesel
  • Otwarcie duchowe na chorego a zawód lekarza – narracje lekarzy - dr Beata Antoszewska