Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Szpital

Miały być to tylko badania. Lekarz powiedział, że potrwają ok. tygodnia, a jak się wszystko inaczej potoczyło?

Zaraz następnego dnia punkcja i leżenie 3 godz. płasko na brzuchu, następnie 3 dni leżenie płasko i wstawanie tylko za swoją potrzebą i do posiłku. Okazało się, że mam tzw. syndrom popunkcyjny, który objawiał się tym, że każde podniesienie się z łóżka sprawiało ogromny ból głowy, którego, jak twierdzili medycy, nie można było uśmierzyć żadnym lekiem. Od samego rana szły kroplówki nawadniające, przeciwbólowe, przeciwgorączkowe. Do łazienki „biegłam” najszybciej jak się da, najgorzej było z jedzeniem, bo same łzy płynęły po policzkach z bólu. Kiedy myślałam, że już będzie lepiej, zaczęły się wymioty, więc przestałam jeść (bo i tak nie miałam na nic ochoty) a do zrobienia badania rezonansem, musieli mnie uśpić, ponieważ kolejne „podróże” na badania potęgowały te dolegliwości!

W rezonansie wykryto zmiany, których wcześniej nie było i ... kolejna punkcja. Okazało się, że oprócz anemii, przyplątało się wirusowe zapalenie opon mózgowych! Do płynów, które dostawałam, doszły antybiotyki i leki przeciwzapalne. Leżenie na płasko i takie ilości płynów, powodowały, że byłam jak „bania napełniona wodą”. Moje żyły zaczęły odmawiać posłuszeństwa i każde podłączenie kroplówki powodowało ogromny ból w rękach , jakby miało ją rozerwać! Widok zbliżającej się pielęgniarki wyzwalał we mnie panikę. Nie byłam w stanie powstrzymać łez! A do tego, wenflony nie wytrzymywały więcej niż dobę i znalezienie na moich rękach dobrej żyły graniczyło z cudem! (zdarzały się i trzykrotne próby wkucia)

Moje cierpienie spotęgował również fakt, iż moja mama wpadła pod samochód i miała nogę w gipsie! Ja leżałam „bezczynnie” a Ona była bez pomocy, gdyż na moją najbliższą rodzinę (dwaj bracia) nie można było liczyć!

Na wysokości zadania stanęli moi Przyjaciele z hospicjum. Ksiądz Wojtek odprawił Mszę Św. w niedzielę w mojej sali, wielu mnie odwiedzało, byłam stale otoczona modlitwą. Najwięcej zawdzięczam Zosi. Była ze mną codziennie. Kiedy jeszcze nie mogłam wstawać, umyła mnie na łóżku, a potem już pod prysznicem. Kiedy w niedzielę zabrakło różowych wenflonów, biegała po oddziałach, żeby zdobyć cieńszy, niebieski, aby można było podłączyć kroplówki. Przynosiła różne potrzebne rzeczy, zabierała pranie, szykowała kanapki, kiedy ja, „przywiązana do kroplówki” nie mogłam ruszać rękom, lub nawet wstawać. Po prostu BYŁA!

Dlaczego piszę o tym wszystkim? Bo chcę podziękować Bogu i ludziom!

Zacznę od ludzi, którzy mnie nie zostawili, kiedy tak bardzo potrzebowałam ich pomocy! Przyjaciele z Caritas modlili się za mnie i odwiedzali, również i dalsza Rodzina!

A za co jestem wdzięczna Bogu? Za to, że dał mi poznać, jak to jest z drugiej strony łóżka. Do tej pory, to ja wychodziłam, a chory zostawał. Teraz wiem jakie to przykre! Kilka osób powiedziało, żebym nie zmarnowała tego cierpienia! Kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, musiałam zagryźć wargi, żeby się nie rozpłakać! Łatwo się mówi, gorzej wykonać! Dopiero później byłam w stanie oddać ból kolejnych nieudanych prób założenia wenflonu w jakiejś intencji. (kolejna lekcja dla mnie! Uważaj na to, co mówisz!) Kiedy tak bardzo się źle czułam, nie miałam ochoty na Różańce i inne powtarzane modlitwy. Każde zamknięcie na chwile oczu, powodowało jakieś koszmarne, czarne wizje. Nie dało się myśleć pozytywnie ani przywoływać miłych wspomnień! Pozostało tylko wzdychanie do najlepszego Lekarza, który codziennie przychodził do mnie w Najświętszym Sakramencie i Jego „pielęgniarek”, czyli aniołów, na czele z moim Aniołem Stróżem! Fajnie było wówczas posłuchać czegoś wesołego! Nie myślcie sobie, że jestem aż taką płaczką, ale podczas Mszy Św. i Przeistoczenia również połykałam łzy leżąc na łóżku i postanowiłam sobie, że już zawsze podczas Eucharystii będę klęczeć na dwa kolana przed Nim!

Kiedy już poczułam się lepiej i nie była podłączona do kroplówki, jako wolontariusz hospicyjny i po prostu człowiek, starałam się pomagać innym na oddziale, czy to posmarować kanapki, podać coś do picia, czy podnieść zapłakanych na duchu. Dobrze było „wracać już do siebie”!

Nastał wytęskniony dzień. Wychodzę, choć nie do końca podobno zdrowa. Ręce bolą, trochę osłabiona ale szczęśliwa, że to wszystko już za mną. Mam nadzieję, że na bardzo długo!

 

Wasz jeszcze obolały
Wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj więcej...

O nas

W każdy trzeci wtorek miesiąca wolontariusze spieszą na Wiejską na spotkanie dla posługujących. Zaczynamy o godz.15-j Koronką do Bożego Miłosierdzia. Na początku wspominamy tych, którzy odeszli do Pana od ostatniego spotkania. Tym razem to tylko 2 osoby. Jest to dla nas bardzo ważne, bo bardzo często miedzy nami a chorymi nawiązują się ciepłe relacje, nawet przyjaźnie. Wszyscy wiemy, co się czuje, kiedy taka osoba odchodzi. To taka chwila, by powiedzieć na głos własne myśli.

Omawiamy naszych chorych tzn. tych, których stan się pogorszył lub dzieje się coś, co jest ważne w opiece oraz nowo przyjętych. Jest to bardzo dobry sposób, żeby się do pewnych rzeczy przyzwyczaić, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy nie pojedzie się do tego akurat chorego, więc dobrze jest coś o Nim wiedzieć wcześniej. I tak np. jest mowa o naszej chorej z ogromnym nowotworem na policzku. Widziałam na zdjęciu. Możecie mi wierzyć, że ci, którzy tam jadą, są naprawdę dzielni! Odstrasza nie tylko widok, ale i zapach. Następuje wymiana informacji co i jak najlepiej robić oraz jak zniwelować nieprzyjemny zapach i kto kolejnego dnia pojedzie na zmianę opatrunku, a jeździ się codziennie. Szybko mija czas na omówieniu tak ważnych kwestii. Zbieramy się do domu. Jeszcze rozmowy z przyjaciółmi i myślę już o kopytkach, które czekają na mnie w domu. Ale, ale, doktor Iza biega zdenerwowana do magazynku i… niestety zostajemy wezwani na interwencję do pana Waldemara. Nasza lekarka trochę zdenerwowana, bo już drugi dzień nie może sobie nic zaplanować. Jedziemy w cztery osoby.

Teraz nastąpi krótka charakterystyka grupy:

Doktor Izę już znacie. Obok, jako kierowca, tragarz, pielęgniarz-asystent nasz „nadworny komik” – Sławek ( Najbardziej Uśmiechnięty Wolontariusz Roku 2011), pielęgniarka Monika (ostatnio hospicjum obrodziło w Moniki), która pracuje na chirurgii ogólnej w jednym z naszych radomskich szpitali a pomiędzy dyżurami, posługuje u nas jako wolontariusz. No i ja, też Monika. Mnie też już znacie i mam nadzieje, że od tej dobrej strony J.

Pan Waldemar cierpi. Nie ma z Nim kontaktu, choć reaguje na to co się mówi. Jęczy. Służba medyczna myśli intensywnie nad lekami. Całe zdenerwowanie doktor gdzieś znika a pojawia się na twarzy troska o chorego. Kroplówki idą, a Ona zamiast iść do drugiego pokoju na herbatę, siedzi i obserwuje, czy podane leki przynoszą ulgę. Kiedy jęki ustają, na stanowisku pozostaje pielęgniarka Monika. I tak schodzi 2 godz. Pomagamy jeszcze przed wyjściem ułożyć chorego i na tym dziś już koniec. Sławek rozwozi nas do domów. Wszyscy jesteśmy zmęczeni (Monika po nocnym dyżurze w szpitalu).

Trochę późno, ale kopytka czekają. Zdążyłam wejść do domu z naszym „tragarzem” Sławkiem. Dzwoni telefon. Doktor Iza prosi o szybki powrót do bazy, bo jest nowa interwencja, tym razem chora w Cerekwi ma napady drgawek. Kopytka nie zając, nie uciekną. Biorę jabłko i biegniemy do karetki. To jak serialowy „Ostry dyżur”, tyle, że na żywo. Niestety, doktor jeszcze nie odpocznie. Zabieramy z bazy Zosię i tak pędzimy na sygnale do wzywających.

Pani Basia jest pod naszą opieką od niedawna. Na miejscu okazuje się, że prawdopodobnie to nie były drgawki, tylko jakiś przykurcz mięśni. Jednak to chyba dobrze, że tu przyjechaliśmy. Wystarczy spojrzeć na twarz chorej. To jeden Pan Bóg wie, ale pani Basia może z nami długo już nie pobyć.

Następuje jak zwykle skrupulatne badanie i osłuchiwanie. Będzie założony cewnik, aby chora nie musiała chodzić do łazienki, bo nie ma na to siły. Kroplówka przywiązana gumką do żyrandola, to normalny widok w domach naszych chorych. Idzie z niej lek, inne podane są doustnie. Asystujemy razem z Zosią przy założeniu cewnika. Dzięki Bogu wszystko się udaje. Jeszcze tylko materac przeciwodleżynowy i chora zostaje położona do łóżka. Nie na długo jednak. Z moich obserwacji wynika, że chorzy w tych ostatnich dniach, mimo braku sił, chcą gdzieś iść. Tak jest też w przypadku pani Basi. Co chwila prosi żeby Ją posadzić. To będzie ciężka noc. Na szczęście jest obok cała Rodzina, więc jakoś będą się zmieniać.

Staramy się razem z Zosią jak najwięcej pomóc, by na ile się tylko da odciążyć doktor (Sławek rozmawia z mężczyznami w kuchni). Jak się potem okazało, miałyśmy z Zosią te same myśli, tzn. zastanawiałyśmy się kiedy ostatni raz byłyśmy razem na wizycie. To było
3 lata temu, u Jej chorej Mamy. To zabawne, że obydwu nam przyszło to na myśl.

Nasza lekarka przed odjazdem bierze na stronę najstarszą córkę chorej na rozmowę. Prawdopodobnie chce przygotować Rodzinę do tego, co nieuchronnie nastąpi.

W drodze powrotnej dzięki naszemu Sławkowi, nie opuszcza nas dobry humor. Może się zdziwicie, ale jest i tak ciężko a co by było, gdybyśmy jeszcze i my zaczęli płakać? Dzięki Ci Panie za Sławka!

Kiedy wchodzę do domu jest godzina 00.00. Kopytka zostają w lodówce, szybka toaleta, kanapki na jutro do pracy i jeszcze tylko budzik, który ma mnie jutro obudzić
o 5 rano… Dobranoc.

Następnego dnia w pracy cały czas myślę o tym dziwnym, minionym dniu
i o spotkanych ludziach. Sms od doktor: „dobrze się wczoraj spisałaś” sprawia, że mimo pochmurnego i śpiącego dnia się uśmiecham. To był dobry dzień.

„Musisz żyć dla innych jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”
Seneka Młodszy

PS. Pani Basia odeszła w czwartek rano do Domu Ojca.

Szepnijcie w wolnej chwili Zdrowaśkę za tych, którzy posługują i za tych, w których domach jesteśmy!

Prosto z „ostrego dyżuru”
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Pan Zbyszek

Życzę ci dużo pieniędzy, dobrego samochodu, pokaźnego konta w banku, dobrze płatnej pracy itd. itp. Takie życzenia pewnie często słyszymy a może też często składamy? A wiecie, czego sobie życzy pan Zbyszek?

Mieszka sam, żona zmarła przed kilku laty. Wykształcony, kiedyś pracujący na wysokim stanowisku. Mieszkanie 3-pokojowe w bloku. W sumie nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Oczywiście, jest choroba nowotworowa, jednak to nie największe zmartwienie. Zawsze wykąpany i wypachniony czekał na wizyty hospicyjne. Zawsze bardzo miły, nawet szarmancki. Jedyny syn otrzymał bardzo dobre wykształcenie i jak to się mówi, start
w dorosłe życie.

Znacie już marzenie naszego chorego? Tak! Pragnie spotkać się z własnym, od lat nie widzianym synem i wnukiem. Stracił już dużo pieniędzy na telefony, bez skutku. Nawet nasza wolontariuszka, która się Nim opiekuje, próbowała dzwonić. Odzywa się tylko automatyczna sekretarka. Nic nie pomagają zostawiane wiadomości. Tęsknota za synem staje się tak ogromna, że chory nie ma woli życia. Staje się apatyczny, depresyjny, co jeszcze pogłębia dolegliwości wieku starczego.

W każdy trzeci wtorek miesiąca, wolontariusze spotykają się, by omówić chorych i ustalić grafik dyżurów. Podczas tego spotkania rozmawiamy o panu Zbyszku. Sytuacja jest dramatyczna! Sami nie jesteśmy w stanie zapewnić całodobowej opieki choremu, który odmówił pójścia do Domu Opieki. Nie przyjmuje leków, jedzenia i wody. Po prostu nie chce. Tylko usilne starania i prośby naszych wolontariuszy i przyjaciółki chorego są w stanie przynieść efekt. Nawet zrobienie toalety staje się problemem, bo chory nie chce współpracować. Jest nas mało, ale musimy choremu zapewnić opiekę najlepiej jak się da. Będziemy chodzić po dwie osoby dwa razy dziennie. Jest to ogromny wysiłek, tym bardziej, że są jeszcze inni chorzy. Zostają poruszone instytucje, których zadaniem jest opieka nad takimi ludźmi.

I tak, siedem dni w tygodniu, nasi ludzie, rowerami, samochodami lub na własnych, często bolących nogach idą do naszego pana Zbyszka. Wizyty trwają dwie lub trzy godziny, bo chodzi o to, żeby z chorym oprócz zrobienia potrzebnych rzeczy, po prostu pobyć. Czasem jest miło i spokojnie, a czasem chory odmawia wszystkiego, łącznie z przyjęciem bodaj odrobiny pokarmów, wody i leków. Bywa też agresywny. Najlepszy wpływ na chorego ma nasza Terenia, która mieszka najbliżej i do tej pory sama praktycznie opiekowała się naszym podopiecznym. Jednak, jak sama przyznaje, często wracała do domu z płaczem.

Mój pierwszy dyżur mnie ominął, ponieważ pan Zbyszek został zabrany do szpitala. Byłam jeszcze w czwartek i w niedzielny wieczór. Udawało nam się rozweselić chorego, porozmawiać o tym, co się dzieje dookoła, powspominać miniony bal i posnuć plany na kolejny. Z wizyty na wizytę, było widać zmiany zachodzące w naszym podopiecznym. Trzeciego mojego spotkania z panem Zbyszkiem już nie było, ponieważ dla swojego dobra został znów zabrany do szpitala (odmawiał przyjęcia czegokolwiek a uskarżał się na ból). Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałam się o Jego śmierci! Niestety, jak zwykle po czasie, przychodzi myśl, że można było więcej, lepiej, że wystarczyła po prostu moja obecność, uśmiech aby ten samotny człowiek nie czuł się taki opuszczony.

Myślę, że będzie z nami na naszym balu hospicyjnym i pozostanie na zawsze w naszych sercach!

Pogrzeb zgromadził tylko kilku sąsiadów, parę osób z rodziny (tak oczekiwanego syna z wnuczkiem…) oraz 14 wolontariuszy, którzy w ten sposób chcieli pożegnać zmarłego.

Życzę Ci zdrowia, a jeśli kiedyś przyjdzie Ci się zmagać z jakąś chorobą, to niech znajdą się ludzie (jeśli masz- to najbliższa Rodzina), którzy nie dla pieniędzy, ale z potrzeby serca, zaopiekują się Tobą i będą do ostatniej chwili!

Wasz korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Kolejna sobota

        Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.

      5:20 pobudka i pedzę do pracy. Doktor razem z pielęgniarką Basią ma podjechać po mnie. Przedzieramy się przez trochę już zakorkowany Radom i kierujemy się na Wieniawę, gdzie czekają na nas rodzice z Martynką. Widok takiej dużej naszej Pociechy uświadamia mi, jak dawno już tu nie byłam. Nasza Dziecina czuje się dobrze (jeśli tak można wogóle powiedzieć). Jest w ramionach Taty, gdzie najbezpieczniej i nie przejmując się gośćmi poprostu idzie spać.

     Doktor wysłuchuje relacji z wizyty w szpitalu, przegląda leki i nowe mleczko (chora jest karmiona przez gastrostomię, taki "grzybek"prosto do żołądka). Potem, przed podaniem jedzonka, bada Martynkę z każdej możliwej strony. Nasza podopieczna nie ma odruchu ssania, ale dostaje też trochę pokarmu do buzi. Niestety są już widoczne różnice w rozwoju miedzy Nią a dziećmi w Jej wieku. Choć urosła, nie siedzi sama, jest jakby w swoim świecie. Zostaję opluta papką (to pewnie za karę!) Z jedzeniem schodzi bardzo długo, ale Martyna jest otoczona ogromną miłością swoich Rodziców! Dziękuję Ci Panie Boże za Nich!

      Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa. Podziwiamy po drodzę piękną jesień jadąc przez las. I znów zmiany. Nowa brama, trochę więcej siwych włosów na głowie pana Sławka i Wiktoria już pannica. Jesteśmy witane jak członkowie rodziny. Uśmiecham się na wspomnienie całej sceny, kiedy pan Sławek razem z córką pokazywali nam swoje zakupy, buty, płaszcz, nowe łóżko. Przez te wszystkie lata (to już chyba 5) nawiazała się miedzy nami przyjaźń i wzajemne zaufanie. Nasz Dominik też oczywiście urósł. Nasze medyczne zmieniły Mu rurkę tracheotomijną. Miło upływał czas przy herbacie i dobrym cieście (muszę kiedyś pospisywać te przepisy i zrobić taki kacik kulinarny na naszej stronie. Co Wy na to?) "Fundujemy"  sobie też podróż do szczecińskiego hospicjum (dawne hospicjum ks. Marka ) i odbywamy wirtualny spacer po nim. I jak przystało na dobrą Rodzinę, zostajemy obdarowane jabłkami i orzechami. Czas w drogę.

      Okazuje się, że jest jeszcze jedna wizyta. Basia musi coś załatwić, a ja? No cóż, jak już dyżur, to do końca. "Wyrzucamy" pielęgniarkę po drodze i jedziemy do pana Rajmunda. Jestem tu pierwszy raz, więc troche jestem onieśmielona tym bardziej, że w momencie, gdy Rodzina dowiedziała się, że ja to ja, rozległ się ogromny okrzyk: " A to to jest ten korespondent hospicyjny!"( przez wrodzoną skromność pominę milczeniem rumieniec na moim policzku).

    Nasz chory został właśnie przetransportowany do łazienki. Piszę przetrasportowany, bo przewieziony na wózku z jednoczesnym podłączeniem do tlenu ( rak tarczycy). Kiedy zostaje przywieziony ponownie do pokoju, musi upłynąć dużo czasu zanim odrobinę doszedł do siebie
i unormował się oddech. Kiedy nam nic nie doskwiera, nie zdajemy sobie sprawy, jaką trudność mogą przysporzyć codzienne, najzwyklejsze czynności. Dla chorego taki spacerek, to jak wejście na Mont Ewerest! Doktor jest tu codziennie. Jak mówi, chory boi się śmierci a przy nas czuje się bezpieczniej. Choć pan Rajmund mówi, że dzień był nawet niezły, jakoś nie ma ochoty na rozmowę. Uśmiecha się tylko słysząc rozmowę najbliższych. Siedzę na wprost Nich i obserwuję i cieszę się się, że wziełam ten dyżur dziś, bo mogłam niemal namacalnie dotknąć miłości. Miłości rodzicielskiej, małżeńskiej, rodzinnej.

      Pan Rajmund dał doktor jutro wolne przy niedzieli. Nawet została przybita "piątka". Chory jednak nie dotrzymał danego słowa (choć nie było w tym Jego winy). W niedzielę następnego dnia dostaję sms o treści: "Pan Rajmund odszedł o 8 45".

"Pewien książę rzekł kiedyś: sercem szukać trzeba
Kto spoglądać nim umie temu obca bieda.
Choćbym wszystko więc stracił z dotykalnych rzeczy
Nie przeklnę tego świata, nie będę złorzeczył.
Dopóki bowiem kocham i jestem kochany
Bez wartości są dla mnie pozłacane ściany.
A gdy kiedyś mnie wezmą na spacer daleki
Dostojnie chciałbym kroczyć, nie jak kto kaleki.
Przeto błędy naprawię, nowych nie popełnię
Aby porwać mnie mogły pokoju gołębie>"


"Mały rycerz" D. Zastawny


      Cóż mogę powiedzieć? Do zobaczenia panie Rajmundzie. Mam nadzieję, że wszyscy się spotkamy tam, po drugiej stronie. Czego sobie i Wam życzę!



Wasz korespondent hsospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Pan Tadeusz

" Oto jest dzień, który dał nam Pan..."

        Na ten właśnie dzień czekaliśmy rok, tzn. od roku czasu snuliśmy plany, jak to zrobić? Choć i tak decyzja ostateczna należy zawsze do Szefa, to musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Jak to nasz podopieczny mówi: "Tylko raz ma się 80-te urodziny!".
Przez ten rok wiele się działo z naszym Chorym, poważne kłopoty z sercem, krążeniem. Im bliżej tego dnia, tym stan był gorszy.
Jak to u nas w hospicjum bywa, mieliśmy zrobić imprezę plenerową w naszej "posiadłości", jednak pogoda mogła spłatać nam figla, dlatego musieliśmy wymyśleć coś innego.
Wszystko przygotowane (oczywiście bez stresu się nie obyło), goście zaproszeni i nadszedł upragniony dzień 31. 07. 20011 r.

      Spotykamy się wszyscy, tzn. Rodzina, znajomi, przyjaciele i wolontariusze hospicjum w naszym małym kościele na ul. Młodzianowskiej 124 o godz. 14 30. Pan Tadzio, jako, że nie ma ogromne kłopoty z chodzeniem, zostaje przywieziony żółtą karetką a z niej specjalnym wehikułem najnowszej generacji czyli, wózkiem inwalidzkim (i jeden kłopot z głowy). Eucharystia była uroczysta, kazanie specjalne na tę okazję a na koniec wspólne zdjęcie i ... w drogę!
Czym się da i jak się da, jedziemy do Baru Pokusa, gdzie nasi przyjaciele Leszek i Agnieszka już na nas czekają.

         Wszyscy do stołu, a nasz uparty Solenizant co? Nie usiądzie do stołu i nie będzie nic jadł, bo lubi tylko domowe jedzenie! Powoli jednak dał się przekonać i jak się okazało, zjadł talerz flaków, kurczaka w warzywach, kawałek tortu i wypił lampkę szampana, oraz spróbował nalewki zrobionej przez naszą Alinę (jak na kopgoś, kto zapierał się rękami i nogami to chyba dużo, nie uważacie?). Mogliśmy powspominać poprzednie lata uwiecznione na zdjęciach i dzięki naszemu wolontariuszowi Jackowi oglądaliśmy je wyświetlane na tv, oraz pośmiać się ze zdjęć robionych już na imprezie. Było wesoło, oj było! Śpiewy, tańce, toasty, jak przystało na 80-te urodziny, hucznie!

      Wszyscy najedzeni (choć na stołach mało ubyło) a nasz Solenizant jakoś się nie kwapi do wyjścia? Co prawda, nasi Gospodarze mówią, że możemy tak do środy, w czwartek nas będą powoli wyganiać, ale nie ma co nadużywać gościnności. A po tak długim nie wychodzeniu z domu, to duży wysiłek dla chorego (no i było się tak upierać?).

      O tych urodzinach jeszcze długo rozmawiamy na kolejnych wizytach, zbierając wyrazy uznania przesyłane przez Rodzinę naszego chorego, ale to wszystko dzięki Bogu, wszak nasze plany nie zawsze są zgodne z planami Szefa! I oby nasz dobry Pan Bóg pozwolił na kolejne tak miłe uroczystości!

Z pierwszej ręki
wasz okrąglutki
wolontariusz hospicyjny
Monika Wężyk

 

Poniżej przedstawiamy wideo foto-montaż na 80 urodziny wykorzystując zdjęcia z wizyt u pana Tadeusza.




Zdjęcia z 80 urodzin pana Tadeusza prezentujemy w galerii foto. Zapraszamy

Czytaj więcej...

2 list do Boga

„Trwajcie mocni w wierze”
( Benedykt XVI)

„ Kochany Panie Boże!”


        Piszę do Ciebie kolejny raz, bo mój ból jest wielki!
Dałeś mi takiego potężnego szturchańca, że czuję się cała obolała. No, ale należało mi się. Masz rację. Byłam za bardzo pewna siebie. A Ty przecież nie lubisz pyszniących się!
Ale wiesz co? Muszę Ci powiedzieć, że byłam na Ciebie zła i szczerze mówiąc jestem jeszcze teraz, kiedy piszę ten list.

        To była ciężka noc. Odległe granice miasta, druga w nocy, na ulicach „szklanka”, ale i tak nie miałabym czym przyjechać, i co chwilę wieści od moich Przyjaciół, że są z Artkiem, że śpiewają Mu kołysanki, że trzymają Go za rękę kiedy nadchodzi kryzys. A ja co?! Siedzę bezczynnie. To co, że zmęczona, niewyspana, że powinnam odpocząć! Mój Przyjaciel odchodził! Dr Maria mówi przez telefon: „ Nie szalej!”  A ja się miotam i nie wiem, co zrobić! Próbuję się modlić-nie pomaga, zasnąć- i co, jutro się obudzę, a Jego już nie będzie! Naprawdę, uważałam, że  kiepski czas wybrałeś na wysłanie tego „zaproszenia do Nieba” dla Artka.

         Zresztą prosiłam Cię o to, żebyś mi pozwolił być tam, kiedy będzie odchodził! Za słabo prosiłam? I wiesz dlaczego byłam jeszcze na Ciebie zła? Nie chcę Ci wypominać, tych Różańców i Koronek i Litanii, które tam były odmawiane, ale Ty jakbyś tego nie słyszał! Czułam się wtedy opuszczona i zapomniana przez Ciebie i taka bezradna, a przecież powiedziałeś: „ Proście, a otrzymacie!”

         Nad łóżkiem Artka wisiał obraz przedstawiający Świętą Rodzinę i obrazek z napisem „Trwajcie mocni w wierze”. Przez te ostatnie dni często czytałam to zdanie i próbowałam trwać w wierze. Nie bałam się, trzymałam „fason” próbując podnieść Rodzinę na duchu uśmiechem. Coś jednak widzę, że jeszcze wiele mi brakuje. A najwięcej potrzeba mi chyba pokory!
Teraz mogę Ci już tylko podziękować za tę lekcję i prosić, żeby jeśli będą następne, nie były tak bolesne!

         I dziękuję Ci za te wszystkie chwile spędzone z moim Przyjacielem. Tak wiele się od Niego nauczyliśmy. Wiesz, upłynęło dopiero kilka godzin, a ja już za Nim tęsknię i nie mogę powstrzymać łez (łez to za mało powiedziane, przez ten potok ledwo widzę klawisze komputera).

„ Życie nie ma sensu, gdy tracisz Przyjaciela,
dlatego warto Go mieć!”
(autor nieznany)

        I tak się zastanawiam, czy to Niebo jest takie, jak opowiadałyśmy Artkowi? Ufam, że teraz jest już szczęśliwy, że już Go nic nie boli, ma tam dużo zwierząt, które tak kochał i może z nimi biegać i je głaskać!

       I dziękuję Ci za nasz cały Zespół Hospicyjny do Zadań Specjalnych. To są prawdziwi Przyjaciele Artka ( oczywiście nie wyłączając psiaków: Beki, Azy i królika Megi, które wniosły tak wiele radości). No i wszyscy wolontariusze, bez których bym nic nie zrobiła. Naprawdę, duża buźka za Nich. Teraz dopiero dochodzi do mnie, że Twoja decyzja była słuszna. Ty najlepiej wiesz, co jest dla mnie dobre. Ale i tak prześladuje mnie myśl, że mogłam więcej (wiecznie mi mało!). I przekaż też Artkowi, że był dla nas niedoścignionym wzorem cierpliwości. I że wszystkie te wspomnienia zachowam głęboko w swoim sercu do końca życia. Wspomnienia o moim Przyjacielu- Artku, który zapewne zalicza się już do grona Twoich Aniołów. I żeby, tak jak ks. Robertowi obiecał zająć tam miejsce, nie zapomniał również o takim małym, ale głośnym wolontariuszu jak ja. A na koniec jeszcze jedna prośba. I to ogromna!

        Martwię się o rodziców i braci Artka. Proszę, ześlij im Ducha Pocieszyciela. My nie damy rady sami zapełnić tej pustki, ale wierzę, że wspólnymi siłami nam się uda.
To był naprawdę dobry czas!

        Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko. Mam nadzieję, że się na mnie nie pogniewałeś?
Uśmiecham się do Ciebie, choć jeszcze przez łzy.

Z wyrazami szacunku i oddania

Twój pogrążony w żałobie
Wolontariusz do zadań specjalnych
Monika Wężyk

/Z archiwum Moniki/
wrzesień 2007

Czytaj więcej...

Dzieciaki

 "...Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień..."

Wszystko zaplanowane, można powiedzieć w najdrobniejszych szczegółach.

To będzie taki swoisty „dzień dziecka” tzn. 3 wizyty u naszych hospicyjnych dzieci. Wszystkie wizyty poza Radomiem, dopiero wieczorem u seniora- pana Tadeusza.

Wszystko zaplanowane, ale jak to mówią wojskowi: „Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi”, u nas można powiedzieć: „Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz...”

Doktor Maria dzwoni, że musi pojechać do chorej, która właśnie odchodzi. Skontaktowała się z rodzicami naszych małych podopiecznych telefonicznie. Nic niepokojącego się nie dzieje, więc jeśli zdąży to dojedzie a jeśli nie - umówi się na inny dzień.

Jadę z Marzeną i Anią, która choć akurat ma dzień wolny, zgodziła się zostać naszym kierowcą. Jedziemy jej samochodem.

Drzwi otwiera nam Mama 11-letniego Jasia. Chłopiec w swoim krótkim życiu przeszedł tyle, że aż się serce kraje, gdy się tego słucha. Przeżył duże komplikacje już po pierwszej chemii. Jego życie kilkakrotnie wisiało na włosku.

Jest wesołym chłopcem. Duże mądre, brązowe oczy, włosy zaczynają odrastać po chemioterapii. Nie lubi hałasu (ból głowy), kiedy się porusza, czasami jakby się lekko chybotał. Jest troszkę zawiedziony, że nie ma doktor. Z moich obserwacji wynika, że bardzo polubił naszą lekarkę! Za to Piotruś, jego 6- letni brat, chwali się specjalnym opowiadaniem, które podyktował Mamie, o smoku. Podobno chłopcy bardzo się cieszą na nasz przyjazd. Piotruś nawet sprząta z ławy, żebyśmy mogli się bawić. Ciepło się robi na sercu, że tak jesteśmy potrzebni my, zwykli wolontariusze! W sumie nie robimy nic nadzwyczajnego, ale skoro okazanie trochę zainteresowania, zabawa, śmiech są tak potrzebne, to… Gramy więc w Monopol. Chłopcy objaśniają reguły gry, dowiadujemy się w co iwestować. Fajnie jest słuchać takich mądrości z ust tych Maluchów. Co dobre, szybko się jednak kończy. Żegnamy się z Rodziną, ale gdzie jest Piotruś? Siedzi ze spuszczoną głową i założonymi na piersi rękami. Coś się stało? Po prostu nie chce nas puścić! Kochany Maluch!

Trochę zajmuje nam dotarcie do Wieniawy. Za „gps-a” służy tym razem Duch Święty, doktor Maria (instrukcje przez telefon) i dobrzy ludzie spotkani po drodze. Razem z Marzeną jesteśmy tu pierwszy raz. Od razu „ląduje” na mych rękach nasze kolejne dziecko, Martynka. Urodziła się z poważnym uszkodzeniem mózgu. Nie wiadomo czy widzi, ma dwa aparaty słuchowe, nie ma odruchu ssania. Do tej pory była karmiona przez sondę, teraz ma założoną gastrostomię tj. rurkę do żołądka, przez skórę brzucha. Czuje się przyjazną atmosferę, jednak boję się pytać, żeby czymś nie urazić Mamy. Ostatnio w szkole miałam zajęcia, na których się mówiło o tym, że aborcja ze względów społecznych, zdrowotnych, powinna być dopuszczalna, więc pytam Mamę Martynki, czy mając tak chorą córeczkę, nie chcieli Jej zostawić? Odpowiada ze łzami w oczach, że czekali na dziecko 10 lat, więc jak by mogli teraz Ją zostawić? Mówi, że powoli się dowiadywali o kolejnych chorobach, więc mieli czas, żeby się z tym oswoić, ale i tak ogrom nieszczęścia jest wielki! I tak sobie myślę, że tyle zdrowych dzieci zabija się tylko dlatego, że są nie chciane! Tym większa chwała dla Rodziców naszych dzieci! Zostawiam Mamie książkę o którą prosiła, o umieraniu dzieci. Jesteśmy też świadkami fachowej zmiany opatrunku. Ufam, że jeszcze się zobaczymy!

Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa, gdzie czeka na nas Dominik. Pewnie się zastanawiacie: „Dlaczego Pan Bóg dopuszcza takie cierpienie na niewinne dzieci?” Ja też to pytanie sobie zadawałam. Otóż ks. Pawlukiewicz w audycji radiowej (Radio Plus) wyjaśnia, że nie zawsze jest tu „wina „ Boga. Czasami sami rodzice są winni, czasem lekarz, a czasem? Cierpienie jest wpisane w życie człowieka. Jest to nasza droga do Zbawienia. A my mówimy: „Jacy oni biedni!” A czy nie bardziej biedni są ci rodzice, którzy zabijają własne dzieci? Zresztą Mama Dominika kiedyś powiedziała, że gdyby nie choroba Syna, prawdopodobnie byłoby inaczej, gorzej. Ten dom i ta Rodzina to naprawdę fantastyczny przykład dla nas! Tu w centrum nie stoi telewizor! Tu najważniejszy jest drugi człowiek i Chrystus w ciele małego Dominika. Odbieramy też pisanki, które udekorowała dla nas Wiktoria, Jego siostra.

W innej audycji w Radiu Maryja, ksiądz, który pracuje w szpitalu onkologicznym przy dzieciach, powiedział, że Św. Faustyna zapytała Jezusa o cierpienie dzieci. Pan Jezus się zasmucił i powiedział: „Dzięki takim dzieciom świat jeszcze istnieje!” Okrutne, prawda? Ale czy nie powinno nam dać do myślenia i do działania? Dobrego działania?

Czytam ostatnio Dzienniczek s. Faustyny i wierzę w ogromne Miłosierdzie Boże i wierzę w to, że Jezus jest w każdym z tych domów, jeśli jego domownicy nie zamkną Mu drzwi, bo to ogromne obciążenie żyć na co dzień ze świadomością bliskiej śmierci swojego dziecka! Ale jakie ogromne świadectwo dla nas!

I jeszcze taka myśl z ostatniej chwili. Na jednej z ostatnich wizyt u chorej, córka naszej podopiecznej powiedziała, że podczas rozmów w pracy wszyscy mówią, że nie opiekowaliby się swoimi rodzicami. Po prostu by oddali! Tylko gdzie?!

Wieczór. Doktor Marysia odprowadziła chorą, wspierała zagubioną Rodzinę.

Spotkałyśmy się u pana Tadzia, mojego hospicyjnego Dziadka. Ma coraz większe problemy z chodzeniem. Badanie, opukiwanie, wypisanie recept, ale też wysłuchanie bolączek (zawsze to jakoś lżej), opowieści o tym, co u nas i jak zwykle kolacja, bo od Dziadka nie można wyjść głodnym.

Kolejny dzień hospicyjny za mną.

„Jaki był ten dzień, co darował, co wziął.

Czy mnie wyniósł pod niebo czy zrzucił na dno.

Jaki był ten dzień, czy coś zmienił, czy nie.

Czy był tylko nadzieją na dobre i złe?”

Dziękują Panie Jezu Miłosierny za ten dzień i za te nasze Rodziny. I proszę wspieraj ich na tej trudnej drodze do Zbawienia, bo przecież „ Zbawienie przyszło przez krzyż!”

 

 

Wasz korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Akt oddania się Panu Jezusowi według ks. Dolindo Ruotolo

Ksiądz Dolindo Ruotolo, świątobliwy kapłan urodzony w Neapolu, cieszył się wielkim szacunkiem ojca Pio, który zwykł mawiać do przybywających do San Giovanni Rotondo Neapolitańczyków: „Macie księdza Dolindo, po co do mnie przychodzicie?”. Pozostawił on akt oddania Jezusowi, a właściwie zapis słów przez Niego wypowiedzianych - podobnie jak zapisywała je s. Faustyna. Cały tekst tchnie nawoływaniem do dziecięcej ufności:

         „Dlaczego zamartwiacie się i niepokoicie? Zostawcie Mi troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Zaprawdę powiadam wam, że każdy akt prawdziwego, ślepego i całkowitego oddania się Mnie rozwiązuje trudne sytuacje. Oddanie się Mnie nie oznacza zadręczania się, wzburzenia, rozpaczania, a później kierowania do Mnie modlitwy pełnej niepokoju, abym podążał za wami. Oddanie się, oznacza zamianę niepokoju na modlitwę. Oddanie się oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od udręki i poddanie się Mnie, bo tylko dzięki Mnie poczujecie się jak dziecko uśpione w objęciach matki, gdy pozwolicie, abym mógł przenieść was na drugi brzeg.
         To co wami wstrząsa, co was boli bezgranicznie te wasze wątpliwości, wasze przemyślenia, wasze niepokoje i chęć przedsięwzięcia odpowiednich kroków za wszelką cenę, aby zapobiec temu, co was trapi.

          Czegóż nie dokonuję, gdy dusza, tak w potrzebach duchowych jak i materialnych, zwraca się do Mnie, patrzy na Mnie mówiąc: „TROSZCZ SIĘ TY", zamyka oczy i uspokaja się! Dostajecie niewiele łask, kiedy się męczycie i dręczycie, aby je otrzymać; otrzymujecie ich bardzo dużo, kiedy modlitwa jest pełnym oddaniem się Mnie. W cierpieniu prosicie, żebym oddalił je od was, ale w taki sposób, jaki wy sobie tego życzycie...

          Zwracacie się do Mnie, ale chcecie, bym to ja dostosował się do waszych planów. Nie bądźcie jak chorzy, którzy proszą lekarza o kurację, ale sami mu ją podpowiadają.  Nie postępujcie tak, lecz módlcie się, jak was nauczyłem w modlitwie „Ojcze nasz”: „Święć się imię Twoje”, to znaczy bądź uwielbiony w tej mojej potrzebie; „Przyjdź Królestwo Twoje”, to znaczy niech wszystko przyczynia się do chwały Królestwa Twojego w nas i na świecie; „Bądź wola Twoja” to znaczy Ty decyduj. Ja wkroczę z całą Moją wszechmocą i rozwiążę najtrudniejsze sytuacje. Czy widzisz, że nieszczęścia następują jedne po drugich, że sytuacja wciąż się pogarsza, zamiast się poprawiać? Nie przejmuj się, zamknij oczy i powiedz Mi z ufnością: „Bądź wola Twoja, troszcz się Ty”. Powiadam ci, że się zatroszczę, że interweniuję jak lekarz, a nawet uczynię cud, jeśli zajdzie taka potrzeba. Dostrzegasz, że stan chorego się pogarsza? Nie przerażaj się, ale zamknij oczy i powiedz: „Troszcz się Ty”. Zapewniam cię, że się zatroszczę.

         Sprzeczne z oddaniem się Mnie jest zamartwianie się, niepokój, chęć rozmyślania o konsekwencjach zdarzenia. Przypomina to zamieszanie spowodowane przez dzieci, które domagają się, aby mama troszczyła się o ich potrzeby, a jednocześnie wszystko chcą zrobić samodzielnie, utrudniając swymi pomysłami i kaprysami jej pracę. Zamknijcie oczy i pozwólcie się ponieść nurtowi Mojej Łaski, zamknijcie oczy i pozwólcie Mi działać, zamknijcie oczy i nie myślcie o chwili obecnej, odwróćcie myśli od przyszłości jako od pokusy.

        Oddajcie się Mnie, uwierzcie w Moją dobroć, a przysięgam wam na Moją Miłość, że kiedy z takim zamiłowaniem mówicie: „Troszcz się Ty”, Ja w pełni się zatroszczę, pocieszę was, wyzwolę i poprowadzę. A gdy zmuszony jestem poprowadzić was drogą odmienną od tej, jaką widzielibyście dla siebie, wówczas pouczam was, noszę w moich ramionach, bo nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo nad interwencję Moją Miłością. Jednak troszczę się tylko wtedy, kiedy zamkniecie oczy.

        Jesteście bezsenni, wszystko chcecie oceniać, wszystkiego dociec, o wszystkim myśleć i w ten sposób zawierzacie siłom ludzkim, albo jeszcze gorzej - ludziom, pokładając zaufanie w ich interwencję. A to właśnie stoi na przeszkodzie Moim słowom i Moim zamiarom. O! Jak bardzo pragnę tego waszego całkowitego oddania się Mnie, abym mógł was obdarować i jakże smucę się widząc, że jesteście niespokojni!
Szatan do tego właśnie zmierza: aby was podburzyć, by oddzielić was ode Mnie i od Mojego działania i rzucić na pastwę ludzkich poczynań. Przeto ufajcie tylko Mnie, spocznijcie we Mnie, oddajcie Mi się we wszystkim. Czynię cuda proporcjonalnie do waszego pełnego oddania się Mnie, a nie do waszego zaufania w was samych. Wylewam na was skarby łask, kiedy znajdujecie się w całkowitym ubóstwie!

        Jeżeli macie swoje zasoby, nawet niewielkie lub staracie się je posiąść, pozostajecie w naturalnym obszarze, a zatem podążacie za naturalnym biegiem rzeczy, który jest często utrudniany przez szatana. Żaden człowiek rozumujący i rozważający tylko według logiki ludzkiej nie czynił cudów, nawet spośród Świętych.

         Na sposób Boski działa ten, kto odda się Bogu. Kiedy widzisz, że sprawy się komplikują, powiedz z zamkniętymi oczami duszy: „Jezu, troszcz się Ty!”. I odwróć swoją uwagę w inną stronę, bo dociekliwość twego umysłu utrudnia ci dostrzeżenie zła. Zawierzaj Mi często nie skupiając uwagi na samym sobie. Czyń tak we wszystkich swoich potrzebach. Czyńcie tak wszyscy, a zobaczycie wielkie, nieustanne i ciche cuda. To wam poprzysięgam na Moją miłość. Zapewniam was, że Ja się zatroszczę.

         Módlcie się zawsze z tą gotowością do oddania się Mnie, a zawsze będziecie odczuwać wielki spokój ducha i osiągać znaczne korzyści, również wtedy, gdy udzielam wam łaski ofiary, zadośćuczynienia i miłości, która nakłada na was cierpienie. Wydaje to ci się niemożliwe? A zatem zamknij oczy i powiedz całą swoją duszą: „Jezu, troszcz się Ty!”. Nie lękaj się, ja się zatroszczę.

         A ty błogosławić będziesz Imię Moje, nie dbając o siebie samego. Twoje modlitwy nie mają takiej wagi, jak ten akt pełnego ufności oddania się Mnie; zapamiętaj to sobie dobrze. Nie ma skuteczniejszej Nowenny od tej: „Och Jezu, oddaję się Tobie, troszcz się Ty”.


„Oddaj się Mojemu Sercu... a zobaczysz”.


        Chcę, żebyś wierzył w Moją wszechmoc, a nie w twoje poczynania, żebyś pozwolił działać Mnie, a nie innym. Szukaj Mojej bliskości, spełń Moje pragnienie posiadania cię, wzbogacenia i kochania tak, jak tego chcę. Zapomnij się, pozwól, abym spoczął w tobie, pozwól, aby Moja wszechmoc nieustannie znajdowała w tobie ujście.

       Jeśli pozostaniesz blisko Mnie, nie będziesz się martwił, że działasz samodzielnie, że żyjesz w ciągłym pośpiechu po to, żeby ci się udało, żeby stwierdzić, że coś zrobiłeś, udowodnisz Mi, iż wierzysz, że jestem wszechmogący, a Ja intensywnie będę pracować z tobą: kiedy będziesz mówił, chodził, pracował, modlił się lub spał, bo „moim umiłowanym dam to, czego potrzebują nawet gdyby byli jak we śnie” (Psalm 12-6). Jeśli będziesz ze Mną i nie będziesz się chciał spieszyć, ani nie będziesz się martwił o nic dla siebie, a zwrócisz się do Mnie z bezgranicznym zaufaniem, dam ci wszystko, czego będziesz potrzebował, zgodnie z Moim zamysłem wiecznym. Dam ci uczucia, których wymagam od ciebie, dam ci ogromne współczucie dla bliźniego i spowoduję, że będziesz mówił i czynił to, co Ja będę chciał. Wówczas twoje działanie pochodzić będzie z Mojej Miłości. Tylko Ja, a nie ty wraz ze wszystkimi twoimi poczynaniami stworzę nowe dzieci, które zrodzą się ze Mnie. Stworzę ich tym więcej, im bardziej będziesz chciał się stać moim prawdziwym synem, jak mój Jednorodzony. Albowiem wiesz, że „jeśli wypełnisz Moją wolę, będziesz Mi bratem, siostrą i matką”, pozwalając mi, abym zrodził się w innych, bo Ja stworzę nowe dzieci, posługując się prawdziwymi dziećmi. Twoje poczynania dążące do osiągnięcia celu to tylko pozory w stosunku do tego, czego Ja dokonuję w tajemnicy serc tych, którzy kochają. „Trwajcie w Miłości Mojej... jeśli trwać będziecie we Mnie i trwać będą w was Moje Słowa, proście o cokolwiek byście chcieli, a będzie wam dane” (Jan 15).

Z: „Nazwałem się Dolindo, to znaczy boleść”. Autobiografia kapł. Dolindo Ruotolo, (1882-1970) tercjarza franciszkańskiego, który został przeniesiony i pochowany w parafii MB Niepokalanej z Lourdes i św. Jana dei Vecchi w Neapolu. Więcej na Wikipedia >>>

Czytaj więcej...

Dzwoni telefon

         Dzwoni telefon. Odbiera dr Maria. Jakiś czas z kimś rozmawia. Dochodzą do mnie pojedyncze słowa: „...Gonimy już resztką sił, ale oczywiście nie mogę pani odmówić pomocy...”Tzn., że zostało przyjęte nowe zgłoszenie w Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu.


        Mój dyżur jest w sobotę, ponieważ wtedy mogę poświęcić tam cały dzień. O godz. 10 jest śniadanie, na którym rozmawiamy o tym co nas czeka. Dziś zaczynamy Mszą Św. u pana Stasia, którego stan jest ciężki, ale ma ogromną wolę walki. Wszyscy Go podziwiamy. Jedziemy w pięć osób; ks. Marek, dr Maria, trzy wolontariuszki, które odwiedzają naszego chorego i ja, Monika. Rodzina już na nas czeka. Najpierw jest Spowiedź, a potem Msza Św., podczas której wszyscy przystępujemy do Komunii Św. Pokój jest rozświetlony światłem ze wszystkich lamp. Podczas modlitwy Ojcze Nasz, trzymając się za ręce  robimy krąg. Widzę w wtedy łzy w niektórych oczach. Każdy każdemu przekazuje znak pokoju, jako jedna, wielka rodzina. Po Eucharystii jest czas na kawę i ciasto oraz pogawędkę. Są kawały o blondynkach i teściowej, które rozbawiają pana Stasia jak też nas wszystkich. Chory dziękuje za wspólną modlitwę, jest wyraźnie radośniejszy. Musimy jechać dalej.


Mamy teraz trochę czasu, więc bierzemy się za mycie naszych żółtych pojazdów (posługa wolontariusza Hospicjum, nie ogranicza się tylko do obecności przy chorym). Jeszcze tylko wspólny, szybki obiad i w drogę.
Zabieramy naszego nowego wolontariusza Dawida i w składzie dr Maria i ja, jedziemy do Kasi, naszego chorego dziecka. Kasia jest na nas troszkę obrażona. Swoim zachowaniem próbuje nas w pewnym sensie szantażować. Kiedy doktor ją bada, my mamy czas porozmawiać z resztą rodziny i zaprzyjaźnić się z psem, który zostaje przekupiony przez Dawida ptasim mleczkiem. Po badaniu, jest „100 pytań do...”, czyli mama dziewczynki pyta lekarza; co, jak, po co i dlaczego tak. Niektóre trudne pytania zostają jednak bez odpowiedzi. Żegnamy całą zwariowaną rodzinkę i wracamy do „bazy”. 

          Chwila oddechu. Coś, jakiś nudny dziś ten dzień- myślę sobie, a kiedy tak sobie pomyślę, zawsze zdarzy się coś niespodziewanego. Ale po kolei. Razem z naszą pielęgniarką Basią, jedziemy do pana Jana ( nowotwór pęcherza moczowego). Jestem tu po raz pierwszy. Nie będę Wam opowiadać na czym polega posługa przy tym chorym, bo jest to dość nie miłe dla samego chorego, jak i dla naszych wolontariuszy (przynosi jednak ulgę panu Janowi!).Ja w czasie, kiedy medyczni zajmują się panem Janem, albo rozmawiam z jego żoną, albo biegam co chwilę po coś do karetki. Kiedy wizyta zbliża się do końca, dr Maria dostaje telefon. Dzwoni córka chorej z nowotworem gruczołu krokowego. Są jeszcze pod opieką przychodni paliatywnej i mieli przyjść do nas w poniedziałek, ale chora krwawi i bardzo źle się czuje. Szybka decyzja, choć dość trudna, bo; jest już późno, przed dr Marią jutro daleka droga a już jest zmęczona i do tego, pierwsze wizyty trwają długo. Jesteśmy niedaleko, jedziemy.


         W domu zastajemy dwie córki i męża chorej, zdenerwowanych i zrozpaczonych. Stan pani Krysi bardzo ciężki. I teraz szybka akcja. Doktor razem z pielęgniarką próbują zatrzymać krwawienie z guza, ja w tym czasie łamię ampułki, nabieram lek do strzykawki i biegam w te i we w te do karetki po wszelkie brakujące medykamenty ( dobrze, że to drugie piętro), oraz opowiadam panu Mieczysławowi (mężowi chorej) o naszej posłudze. Słyszę słowa  skierowane do mnie:„ Ty chyba jesteś bez grzechu, bo ciągle Msze Św, Komunie?” Panie Mieciu, niestety jesteśmy zwykłymi ludźmi. Mamy swoje kłopoty, wady ,złe dni. Doktor później będzie się ze mnie śmiała, że jestem „chłopcem na posyłki”. Mogę być nawet chłopcem, jeśli tylko na coś się przydam!


         Po chwili udaje się zatamować krwawienie, a w między czasie zostają podane kroplówki i leki przeciwbólowe. Zostaje założony opatrunek. Przyjeżdża  ks. Marek. Kiedy pani Krysia zostaje „zabezpieczona fizycznie”, czas na „zabezpieczenie duchowe” tzn. Spowiedź Św. i Sakrament Chorych. Wszyscy stajemy dookoła  modląc się w intencji chorej i w jej intencji przyjmujemy  Komunię Św. Pani Krysia zasypia. Teraz przy herbacie jest czas, aby spokojnie porozmawiać, dowiedzieć się o przebiegu choroby, zapoznać się z rodziną i podtrzymać ją na duchu.

         Zakładamy zeszyt, w którym będzie zapisywane wszystko, co zostało podane, jaki był stan chorej, jakie leki, jak podawać i kto z wolontariuszy przychodzi. Oraz wszelkie możliwe telefony do nas.
Zostaje założony chorej tzw. motylek, aby leki podawać pod skórę. Lek ten będzie nieustannie podawać takie małe urządzenie (to jest dopiero technika!) .
To, co mnie uderza podczas tej wizyty, to sposób w jaki pan Miecio zwraca się do swojej żony. Pani Krysia już nie jest młoda, a Jej wygląd pozostawia wiele do życzenia i do tego jeszcze ta rana. No i to, że trzeba pomóc w toalecie i w ogóle. On bierze żonę na ręce i mówi-„ Moja ty królowo”. Piękne, prawda?!

         Umawiamy się, że jutro wieczorem przyjedzie pielęgniarka i zrobi następną dawkę leku, oraz ewentualnie zmieni opatrunek , poda kroplówkę i założy cewnik.
Jest godz.0.20. Żegnamy wszystkich, życząc spokojnej nocy. Kiedy podchodzę do pani Krysi mówi do mnie: „ Bóg zapłać za wszystko”. Całuję Ją w policzek i mam nadzieję, że zobaczymy się jutro. Nie myślcie, że chcę jechać do pani Krysi, bo nie mam co robić w niedzielę. Nie. Tylko tak sobie myślę, że jak zespół, to zespół. Zawsze do czegoś się przydam Basi, naszej pielęgniarce, no i zobaczę całą rodzinkę, którą zdążyłam polubić.
Niestety. Następnego dnia po południu dostaję wiadomość, że pani Krysia zmarła.
Jest to trudne. Tyle wysiłku i wszystko na marne! Zmęczenie, nie wyspanie, cały ten stres. Jednak nie prawda, bo kiedy później słyszę słowa osoby osieroconej:

„...Wielkie dzięki wszystkim wolontariuszom. To tacy dobrzy Aniołowie, którzy służą swoją pomocą. Dziękujemy za każdą pomoc z waszej strony, za wsparcie duchowe, rozmowę, uśmiech. Gdy patrzyłam na pracę dr Marii, na jej oddanie mimo zmęczenia, myślałam, skoro Ona tak może to ja też dam radę. Postanowiłam już wtedy, że zostanę jedną z nich. Na zawsze pozostaniecie w naszych sercach!...” (Anna Bińkowska)

To był naprawdę dobry dzień. Chwała Panu.

Wasz czasem zasapany korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Małgosia

Droga
Przy drodze krzyż!
Idziesz tamtędy, a więc się zbliż.
Spójrz w Chrystusa zbolałą twarz
I jarzmo własnych swych cierpień zważ.
Rozważ jak cierpiał Chrystus- Człowiek Bóg.
I nie usuwaj kamieni z dróg,
Którymi iść Ci kazał Pan,
Lecz idź z Chrystusem, by nie był sam.
(autor nie znany)

Kochani! Pewnie jak to przeczytacie, powiecie: „wariatka!”. I pewnie będziecie mieli rację. Dodajcie tylko do tego „boża”, bo tyczy się to też do innych mnie podobnych.
Niektórzy z Was pamiętają Małgosię. Dla niewtajemniczonych kilka słów wstępu.
Małgosia ma 20 lat. Pod opieką Hospicjum jest od września 2007. Ma lekkie upośledzenie, dlatego przebywa w ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Ma tylko tatę, dziadka i wujka z najbliższej rodziny. Jej mama i babcia zmarły na raka.
Dotychczas byliśmy u Małgosi towarzysko (my, wolontariusze nie medyczni). Teraz potrzebna jest opieka całodobowa.
Swój nocny dyżur razem z Anią zaczynamy Mszą Św., bo z własnego, krótkiego doświadczenia wiem, że tylko siłami ludzkimi nie damy rady.


            Kiedy wchodzimy do pokoju naszej podopiecznej, zajęta jest wyklejaniem małymi kulkami plasteliny obrazka dla jednej z wychowawczyń. Wita nas dość chłodno, bardziej zajęta swoją pracą. Następnego dnia ma być wielkie święto. Zostanie Jej udzielony Sakrament Bierzmowania. Jest tym faktem bardzo przejęta. Co jakiś czas przypominamy sobie regułkę, którą ma powiedzieć w czasie udzielania sakramentu. Ma trudności z zapamiętaniem, ale chęci ogromne! Mówi, że przed snem jeszcze raz sobie powtórzy i schowa kartkę pod poduszkę (podobno pomaga, muszę spróbować).


          Czas na leki i wieczorną toaletę, bo już bardzo późno. Stan Małgosi się pogorszył od czasu, kiedy Ją widziałam po raz ostatni. Jest o wiele słabsza. Musimy pomóc Jej się umyć. Kiedy patrzę na to umęczone, wychudzone ciało, przed oczami mam obraz Jezusa ubiczowanego, z tą tylko różnicą, że nie posiada ran ciętych, ale praktycznie całe pokryte jest brodawkami (choroba skóry, która doprowadziła do powstania nowotworu). 
Przyjeżdża doktor Iza z pielęgniarką Basią. Rutynowe badanie, osłuchiwanie, rozmowa z chorą. Dostaję bardzo dziwne zadanie do wykonania. Kiedy medycy przygotowują sprzęty, aby przepłukać port (urządzenie w ciele chorej, przez które podaje się chemię), ja głaszczę lewy bok Małgosi. Jest to miejsce, w którym ulokował się rak i wypycha skórę. Przynosi to naszej podopiecznej ulgę, więc... czemu nie? Śmieję się przy tym, że Ania powinna stanąć za głową chorej z takim wielkim wachlarzem i wachlować naszą Królewnę. Ja będę podawać zimne napoje. Dołożyłam do tego próbę łaskotek i jest... Małgosia zaczęła się śmiać.
Nie ma się czemu dziwić. Dziewczynka była wystraszona tym małym zabiegiem, który Ją czekał. Żeby dodać otuchy, ląduję na łóżku przy chorej i trzymam Małgosię za rękę. Uśmiecha się, kiedy słyszy moje słowa, że jest bardzo dzielna. Na koniec całuję Ją w czoło i zasypia. Ostatnie wskazówki od dr Izy i zostajemy same.


            Ja jeszcze wertuję zeszyt, bo jutro mam egzamin. Gosia budzi się, karze podać sobie ową kartkę z tekstem, czyta kilka razy i wkłada pod poduszkę.
Ania pozwala mi się trochę zdrzemnąć (to już następny dzień). W nocy nasza podopieczna budzi się cztery razy, ponieważ boli. I choć razem decydujemy jaki lek przeciwbólowy podać, to właśnie Ania zajmuje się podaniem. Dopiero nad ranem kładzie się na chwilkę.
Rano, przed godz.7 w oczekiwaniu na naszą zmienniczkę, robi herbatę. Żadnych wymówek, uskarżania się. A ja, wstyd się przyznać, ledwo mogę otworzyć oczy. Dzięki Ania!
Małgosia jeszcze śpi, kiedy zostawiamy Ją pod opieką Basi i pędzimy do pracy. Żegnam się z Anią i wzajemnie dziękujemy sobie za dyżur. Zastanawiam się, jak da sobie radę w pracy. Skoro mnie się mieni w oczach, to co dopiero Jej? (Podobno trochę trzęsły Jej się ręce)
Na Bierzmowaniu już nie mogłam być, bo musiałam pędzić na egzamin z dydaktyki. Wiem z opowiadań, że było bardzo uroczyście. Sakramentu udziela ks. Biskup Stefan Siczek.
Nie wiem, czy poduszka pomogła w zapamiętaniu, ja zapomniałam włożyć swój zeszyt, zresztą i tak spałam bez poduszki.
Nasz już w pełni świadomy chrześcijanin, wyjechał na ferie do domu tj. ok. 70 km. za Radom. Myślicie, że to już koniec naszej opieki? Nie! W sumie trzy razy w tygodniu są u Niej nasi wolontariusze.

           I powiedzcie, czy to nie paradoks? Jedni odchodzą od łóżek swoich pacjentów, drudzy bez żadnego wynagrodzenia są z nimi w dzień i w nocy. Jadą w sumie 140 km., bo jedna, maładziewczynka nas potrzebuje! Dlaczego?


„... Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?...
„... Tego, co ja czynię, ty teraz nie rozumiesz,
ale później będziesz wiedział...”
„... Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi,
to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi
dałem wam bowiem przykład...”
J 13 6-16

Kolejny dzień pod znakiem Hospicjum już za mną. Trochę zmęczona i niewyspana, ale szczęśliwa. Mam nadzieję, że przed następnym dyżurem nocnym będę mogła się wyspać, żeby się Ani „odpłacić”. Aha ! Egzamin zaliczony!


Wasz zwariowany,
czasem zaspany
ale uśmiechnięty
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS

Konferencje 2017 - Relacje Wideo

  • Wartość życia – hospicjum perinatalne -  prof. dr hab. n. med. Bogdan Chazan
  • Obecność księdza E. Dutkiewicza SAC w życiu wolontariuszy hospicyjnych - dr Anna Byrczek
  • Nauczyciel we współczesnej schola mortis - dr Agnieszka Janiak
  • Uczynki miłosierdzia w perspektywie posługi hospicyjnej - ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski
  • Żałoba jako doświadczenie bólu wszechogarniającego - dr Jolanta Grabowska-Markowska
  • Jak przeżywają żałobę dzieci - dr Joanna Domańska
  • Posłańcy Bożego Miłosierdzia - dr Robert Wiraszka
  • O seniorach w hospicjum - prof. dr hab. n. med. Krzysztof Bielecki
  • Dobra Nowina w formacji duchowej wolontariatu - dr hab. Krzysztof Leśniewski
  • Bezradność i zaradność w opiece nad nieuleczalnie chorym dzieckiem - ks. dr Grzegorz Godawa
  • Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci - dr hab. Józef Binnebesel
  • Otwarcie duchowe na chorego a zawód lekarza – narracje lekarzy - dr Beata Antoszewska