Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Weronika

Miłość jest wszędzie wokół, Nie trzeba wcale

Daleko szukać Miłości, by

Umieścić Ją w sercu.

Mówią:

Miłość nie mieszka w twym sercu jak w domu,

Miłość jest miłością

Gdy oddasz ją komuś.

(„Dzieci i śmierć” E. Kübler – Ross)

 

Niedzielne, późne popołudnie. Razem z doktor Marią wchodzę do małego mieszkanka w jednym z bloków. W drzwiach wita nas uśmiechnięta, ale zmęczona młoda kobieta. Uściski jak zwykle na powitanie.

W pokoju, na rozłożonym łóżku, spod różowego kocyka widać łysą główkę. Ciszę w mieszkaniu zakłóca praca koncentratora tlenu i chrapliwy oddech chorej.

Moją uwagę od razu przykuwają zdjęcia stojące na regale. Blond loki, duże, niebieskie oczy i szeroki uśmiech. Aż się nie chce wierzyć, że to ta sama dziewczynka leży na łóżku! Maska z tlenem, sonda w nosku do podawania leków i jedzenia, pompa podająca leki podskórnie. To wszystko w takim małym ciałku. Weronika ma 3 lata. Aż się serce kraje! Delikatnie całuję Ją w główkę. Jest rozpalona, ma gorączkę. Nasze maleństwo po podaniu przez Mamę leków przeciw drgawkowych teraz śpi. Co jakiś czas musi być odsysana, to jest tzw. „toaleta drzewa oskrzelowego”.

Pan Tomek, tata Weroniki jest akurat w kościele. Mama, pani Marlena, opowiada o ostatniej nocy i dniu. Przeszła szybki kurs pielęgniarstwa podczas opiekinad córką. To dla Niej zrezygnowała z pracy. Jest bardzo dzielna!

Szykujemy nową dawka leków do pompy, doktor bada i ogląda Weronikę ze wszystkich stron. Dziewczynka na chwile jakby się budzi i choć nie ma z Nią żadnego kontaktu, mówimy do Niej o wszystkim, co będziemy robić. Podczas odsysania spływa z oczka łza...

Pani Marlena pyta o stan córki. Wie, że choroba robi ogromne postępy. Potrzebuje tylko potwierdzenia i ... dostaje je! Jest to trudne dla nas wszystkich. Nagle chowa twarz w dłoniach i płacząc mówi, że bardzo kocha swoją córkę i chce, żeby żyła, ale nie chce patrzeć na to cierpienie! I jeśli tak ma dalej być, to żeby Pan Bóg Ją zabrał! Jesteśmy tuż obok. Próbuję się opanować, ale łzy płyną mi po policzkach same. Najchętniej bym krzyczała. Jesteśmy tu jednak nie po to żeby robić sceny, ale żeby wspierać! Kiedy wraca pan Tomasz, „wracamy do normalności”. Każde z Nich przeżywa to, co się dzieje na swój sposób. Mama rozmawia o zbliżającym się końcu, tata milczy. Tylko pod namową żony rozmawia o bliskiej śmierci. Każde z Nich ma prawo przeżywać ból na swój sposób. Najważniejsze, żeby byli razem! Można powiedzieć, że już teraz w pewien sposób przeżywają żałobę.

Doktor Maria jest tam codziennie z pielęgniarką lub wolontariuszem. Nasza Monika też bardzo często, prawie co dzień. Czasem jej towarzyszę, czasem jesteśmy oddzielnie. Rodzice są bardzo otwarci na nas. Można nawet powiedzieć o pewnym rodzaju Przyjaźni. Bardzo ważne jest takie obopólne zaufanie.

W wolnej chwili, podczas kolejnej wizyty, pytam Mamę o chorobę Weroniki. Okazuje się, że już podczas jej wykrycia rok temu, były przerzuty do węzłów chłonnych i szpiku. Chemioterapia przynosiła zadziwiająco dobre rezultaty. A Weronika? Była pogodnym, bardzo mądrym dzieckiem. Tak, jak wszystkie „onkologiczne dzieci”, szybko „wydoroślała”. Nie bała się szpitala. Zawsze dość chętnie tam jeździła. Do czasu ostatniej wizyty. Czy coś przeczuwała? Trudno powiedzieć. Podobno jak nigdy, płakała i nie chciała zostać. To podczas tej dawki chemii nastąpiły komplikacje, utrata przytomności, wodogłowie. Do domu wróciła karetką. Stan był ciężki. Śladowy kontakt, czasami uśmiech, reagowała na dotyk. Z każdym dniem coraz więcej spała. Męczyły Ją napady drgawek, prężeń.

Pewnego dnia, podczas kąpieli, po prostu przestała oddychać! Mama i nasza wolontariuszka Monika zdawały sobie sprawę, co się dzieje, ale nie wpadły w panikę. Pani Marlena nie była jeszcze gotowa na odejście i powiedziała do córki, żeby nie umierała, bo nie ma dla Niej sukienki. I jak na grzeczną dziewczynkę przystało, chora po chwili zaczęła... znów oddychać. Sukienka była gotowa następnego dnia rano. Trzeba było tylko szepnąć Weronice, że już może odejść. Tylko i aż! Jak pozwolić tak po prostu umrzeć jedynemu dziecku. Choć rozum mówił swoje, serce nie chciało słuchać!


Weronika słabła z każdym dniem. Zapytałam doktor, czy Ją coś boli? Odpowiedziała mi, że prawdopodobnie nie. Wszystkich znajomych prosiłam o modlitwę. Sama też błagałam o pomoc Matkę Najświętszą w codziennych Różańcach.

Przyszedł czas pożegnania. Weronika podobno przyśniła się swojemu Tacie. We śnie trzymał Ją na rękach, uśmiechniętą. A Ona po chwili powiedziała, żeby położył Ją do łóżeczka, bo jest już zmęczona.

Usiedli we trójkę (była też Monika), tata wziął córkę na ręce. Długo wspominali spędzone razem chwile, wyjazdy, zabawy. Dziękowali za te 3 lata, kiedy mogli być razem. Tata szepnął do uszka córeczce, że może odejść. Dr E. Kübler – Ross pisze w swoich książkach, że umierające dzieci czują, że ich rodzice nie są jeszcze na to gotowi. Prawdopodobnie Weronika też to czuła. Mogła spokojnie odejść, kiedy usłyszała, że już sobie poradzą i żeby się nie martwiła o Nich. Odeszła cicho, następnego dnia w południe, w ramionach swoich rodziców.

Już nie słychać dźwięku koncentratora. Pozostały ulubione zabawki i różowy kocyk
i ta niczym się nie dająca zapełnić pustka...

Dziękuję Aniołku, że mogłam być przy Tobie! Żałuję tylko, że nie poznałam Cię, gdy byłaś rozbieganym brzdącem. Ufam, że kiedyś się spotkamy i choć może Cię nie poznam, wyjdziesz mi na spotkanie. Może będziesz miała dalej te blond loki?

 

Dziękuję Bogu za Was, Rodzice Weroniki! Za to, że stanęliście na wysokości zadania! Za to, że pokazaliście, co znaczy słowo Miłość! Dziękuję za zaufanie, jakim nas obdarzyliście.

 

Oddaję w twe ręce dziecko me

Na krótki czas, chwile, tak Bóg do mnie rzekł.

Kochaj go tak długo, jak będzie żyć,

I płacz nad nim, kiedy zabierze go śmierć.

 

 

Zostanie przy tobie przez kilka tygodni,

A może prze lata, trzydzieści lub trzy,

Lecz zanim zawezwę go tutaj z powrotem,

Ja proszę cię bardzo, opiekuj się nim.

 

Rozjaśni twe życie radością i wdziękiem,

I nawet, gdy wkrótce od ciebie odejdzie,

Zostawi ci piękne wspomnienia o sobie,

Złagodzą twój smutek i ulżą w żałobie.

 

Nie mogę obiecać, że z tobą zostanie,

Bo wszyscy opuszczą na ziemi mieszkanie.

Posyłam go do was na okres nauki

Dla wiedzy po którą powinien wyruszyć.

 

Zostawiam swe dziecko w twych rękach na ziemi,

By żyło tam wespół z wami wszystkimi.

A wraz z nim posyłam wam również nauki

Dla tych dusz, do których to dziecko przemówi.

Na świecie szerokim długo szukałem

Ludzi uczciwych, o sercach prawych,

I wreszcie znalazłem wśród życia wielu dróg,

Wybrałem ciebie, rzekł do mnie Bóg.

 

Czy będziesz go kochać miłością dość silną?

Czy uznasz, że poszła na marne twa praca?

I kiedy pojawię się, by go odzyskać,

Nie nazwiesz mnie winnym,

Gdy uznam, że czas do mnie wracać?

 

Cieszy mnie to, kiedy mówisz: O, Panie,

Niech Twoja, nie moja, wola się stanie.

To dziecko sprawiło nam tyle radości,

Że warte jest starań, wyrzekam się roszczeń.

 

Będziemy je chronić z największą czułością

I póki możemy, darzymy miłością.

Za szczęście, którego z nim zaznajemy,

Jesteśmy Ci wdzięczni. Dziękujemy.

 

Wezwałeś go, Panie, do siebie za wcześnie.

Nie byliśmy rozstać się gotowi jeszcze.

Wybacz nam, proszę, nasz smutek i żal

I pomóż zrozumieć Twój boski plan.

 

(„Dla Johna z wyrazami miłości” w „Dzieci i śmierć” E. Kübler – Ross)

 

 

Wasz zapłakany
korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj dalej...

Pani Krysia

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...

Nie było mi dane poznać pani Krysi, choć powiem Wam, że liczyłam, iż się spotkamy.

Kiedy Zosia tuż przed Mszą powiedziała mi, że właśnie godzinę temu Jej ciocia odeszła, byłam bardzo zaskoczona i smutna! Nie wiedziałam, że będzie to aż tak szybko!

Trudno jest pisać o Kimś, Kogo się nie zna. Jednak po tym, co usłyszałam na spotkaniu dla posługujących (takie spotkanie odbywa się w Hospicjum raz w miesiącu) o tej postaci, zaintrygowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zabawić się w „mini dziennikarza” i dowiedzieć się czegoś więcej.

Pani Krysia miała 76 lat i... nowotwora trzustki. Kiedy została hospitalizowana i otwarto Jej jamę brzuszną, okazało się, że komórki rakowe są rozsiane. I jak to się mówi, już nic nie można zrobić! Nie wiem, co powiedziano chorej, ale była przekonana, że po prostu operacja nie była konieczna. Z raną pooperacyjną wypisano Ją do domu wraz ze skierowaniem do hospicjum. To właśnie hospicjum zajmuje się ludźmi dla których już „nic nie można zrobić”.

Na pierwszej wizycie jak zwykle była spowiedź i Msza Św., na którą została zaproszona rodzina i sąsiedzi.

Doktor Iza, która była lekarzem prowadzącym, na moje pytania o tę posługę, mówi, że pani Krysia była zawsze radosna i pełna humoru. Bardzo ciepło wypowiadała się o synu chorej, który przeprowadził się do matki na czas choroby, by móc się Nią lepiej opiekować.

Ogromną pomoc okazały sąsiadki: chrześnica Iwona, siostrzenica Elwira, pani Marysia, pani Iwona a szczególnie pani Stasia. Choć sama chora na cukrzycę, potrafiła nawet trzy razy dziennie odwiedzić naszą podopieczną. A skąd takie zainteresowanie sąsiadów? Pani Krysia kiedyś opiekowała się panią Stasią, gdy ta złamała nogę. Dobro ofiarowane powraca podwójnie! Teraz był czas na rewanż!

I to właśnie mnie zaintrygowało!

Zamykamy się we własnych czterech ścianach, najlepiej przed telewizorem lub komputerem, nie wiedząc nawet, że za ścianą leży drugi człowiek, który potrzebuje naszej pomocy! A czasem wystarczy tylko być, porozmawiać, podać szklankę wody!

Kiedy pytam wolontariuszkę Zosię o swoje wspomnienia, chwilę się zastanawia i z uśmiechem mówi: „Ciocia była mistrzynią w zadawaniu trudnych pytań! Zawsze wybrała taki moment, kiedy nikogo nie było, albo nikt nie słyszał”. A jakie to były pytania?

Czy to już koniec? Czy długo to potrwa? Czy ja już umieram? Zosia starała się nie odpowiadać wymijająco, ale tak, żeby nie odbierać nadziei. Pani Krysia powiedziała w co mają Ją ubrać na ostatnią drogę.

Była osobą zawsze zadbaną. Dlatego bardzo przeżywała swój wygląd podczas choroby, swoje opuchnięte nogi, nie zawsze uczesane włosy itd. to zawsze jest takie trudne dla kobiety!

Zosia dogadzała chorej w miarę możliwości, przynosząc coś, na co właśnie miała Ona ochotę. I tak nasza wolontariuszka biegła z pracy do domu a potem do czekającej pani Krysi np. ze śledzikiem, który był zjadany po kawałeczku, z wielkim pietyzmem, namaszczeniem i trochę ze strachem, czy nie zaszkodzi?! I pomyśleć, że to tylko mały śledzik!

Nie możemy zrobić nic wielkiego,

Za to małe rzeczy z wielką miłością.

Matka Teresa z Kalkuty

Pani Krysia uczyła tej Miłości. Zosia mówi, że przekazywała Jej matczyną miłość.

Na kilka dni przed śmiercią zaprosiłam Zosię do siebie. Tak po prostu na herbatę
i pogaduszki. Odpowiedziała mi, że pójdzie do Cioci, bo stan się pogorszył. Nie mogłaby siedzieć u mnie wiedząc, że tam jest tak, jak jest. Miałam nadzieję, że pójdziemy razem, ale zaproszenie nie padło. Myślę sobie, zdążę!

Była przytomna i świadoma do końca. Odeszła w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zdążyłam już tylko na ostatnią Mszę za zmarłą.

„Spieszmy się kochać ludzi,

tak szybko odchodzą...”

Czy ja tak jak pani Krysia zasłużę na taką opiekę, kiedy jej będę potrzebować?
Czy moje dobro będzie na tyle wystarczające, żeby wróciło do mnie podwójnie?

Wasz czasem daleko w tyle

Korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS

Na youtube