Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-

Najwięcej witaminy mają...

page najwięcej witaminy1 800

    Dzień jak co dzień w pracy. Różne tematy poruszane, ale najczęstszymi są:
- kolejny odcinek serialu,
- nowości w kosmetykach,
- trendy mody,
- jak schudnąć? Itp.
Słucham tego po raz kolejny i myślę sobie: " Kurczę, nie oglądam TV, nie chodzę po sklepach, nie interesują mnie maseczki, botoksy itp. Nie mam czasu, ale też ochoty na to. Czy ja jestem normalna?"

Czytaj więcej...

Bukiet kolorowych róż

kolorowe roze            Kiedy na spotkaniu opowiadano o naszej nowej podopiecznej i warunkach w jakich mieszkała, myślałam: "Ot, przesadzają". Już niedługo miałam się przekonać na własne oczy o prawdziwości tych opowieści.

            Sławek do mnie dzwoni, że będzie za 10 min. Już czekam pod firmą, gdzie pracuję. Jest godzina ok 9. Jedziemy zespołem do jednego z radomskich tzw. slamsów. Po drodze Sławek opowiada jak powinnyśmy się zachować razem z Beatą, pielęgniarką, która już jedzie tu kolejny raz. Zabieramy z karetki najpotrzebniejsze rzeczy, żadnych kurtek, torebek, tylko torbę medyczną. Nasz kierowca wchodzi z nami, następuje przywitanie, krótka pogawędka i wychodzi, bo chora się krępuje a poza tym, trzeba też pilnować samochodu i tego, co w nim.

Czytaj więcej...

Mój czas wolny

Czas wolny - bardzo zajęty


Wreszcie koniec sezonu i trochę więcej czasu wolnego. Nadeszła sobota 27.12 i dzień mojego dyżuru z doktor Marią.

    Jak to się często zdarza, mała zmiana planów. Mam pojechać razem z Anią pielęgniarką do pana Grzesia (doktor jest na innej wizycie i ma do nas dołączyć). Na dziś zaplanowano tu Mszę Św. z okazji 15- lecia małżeństwa Basi i Grzegorza. Jest cały dom ludzi, ok. 50 osób, ks. Proboszcz no i my, dwie przestraszone wolontariuszki hospicjum. Piszę przestraszone, bo chory jest w ciężkim stanie i ewidentnie coś się dzieje. Bardzo szybki puls i niskie ciśnienie. Może w ten sposób reaguje na ten otaczający Go gwar, a może to coś innego??? Stoimy obok łóżka, od czasu do czasu na nie zerkając. Najcudowniejszy jest najmłodszy syn, Albert, który wskakuje obok Taty. Wszyscy przyjmują Komunię Św. w intencji Jubilatów. Sam chory , jako, że nie przełyka otrzymuje odrobinę Krwi Pańskiej w małej strzykawce. Wszystko przebiegło bez zakłóceń. Ciśnienie się podniosło po podaniu wody z solą. I po co było się tak bać? Po Eucharystii oczywiście poczęstunek i kiedy zostajemy praktycznie same, przystępujemy do zmiany plasterków i opatrunków. A jest tego nie mało. Wszystko się robi powoli, odmaczając najpierw plasterek przed zdjęciem, bo skóra jest bardzo delikatna i podatna na urazy. Trzeba jeszcze odessać chorego, co nie jest przyjemne dla nikogo, ale przynosi ulgę w oddychaniu.

    Wracamy do bazy na Wiejską i zabieramy ks. Marka. Przed nami nowa wizyta u dziecka. Jedziemy ok. 20 km poza Radom. Mały, drewniany dom bez łazienki i wszelkich wygód. Mateusz, (tak ma na imię główny bohater) patrzy na nas z zainteresowaniem. Urodził się jako wcześniaczek z wodogłowiem pół roku temu. Od tego czasu jest pierwszy raz w domu rodzinnym, bo przebywa w hospicjum w Łodzi. Teraz nasz malec waży ok. 6 kg i jest uroczy! Zapoznajemy się z Rodziną, doktor oczywiście bada Mateusza, co Mu wcale nie odpowiada. Umawiamy się na kolejną wizytę, tak, by była cała Rodzina na 1.01 i wracamy do Radomia, bo czeka nas jeszcze jedna pierwsza wizyta.

    Starsze małżeństwo ok. 80-letnie. Pani Elżbieta jest bardzo obolała. Nie daje dotknąć sparaliżowanej ręki, do tego leży praktycznie cała mokra. Po podaniu leków przeciwbólowych robimy toaletę. Chora ma powalający uśmiech. Jest spowiedź i Msza Św. przy łóżku, oraz sesja zdjęciowa. Doktor Maria razem z księdzem zwracają uwagę na pewne rzeczy, które znajdują się w domu. Mimo, że Rodzina katolicka a otaczają się przedmiotami z pogranicza magii. Wszystkie te rzeczy zostały wyrzucone, bo nie idą  w parze z wiarą w Chrystusa, który właśnie wszedł do tego domu.

    Doktor umawia kolejną wizytę na jutro, czyli niedzielę przed południem, aby sprawdzić działanie leków przeciwbólowych i ogólny stan podopiecznej. Zgłaszam się na ochotnika i w ten sposób jestem tu również następnego dnia (dołączyła do nas wolontariuszka Ania).
     Pan Mieczysław, mąż chorej, widać, że odżył, uspokoił się, choć raczej nie radzi sobie z prowadzeniem domu i opieką nad żoną.

     Dziś już leki działają i możemy panią Ele posadzić na krzesełku toaletowym, aby sprowokować wypróżnienie, którego od dawna nie było, jednak bezskutecznie. Znów toaleta, kroplówka i próby przekonania pana Mieczysława do np. materaca przeciwodleżynowego zakończone bezowocnie.
     I tak wygląda każdy kolejny dzień u pani Eli. Każdego ranka, (nie wyłączając niedziel i świąt) wolontariusz razem z pielęgniarką dzwonią do tych drzwi, aby pomóc w pielęgnacji; umyć głowę, posadzić na krzesełko toaletowe, podać leki i picie oraz na koniec przy kawie pogadać z panem Mieczysławem. W nagrodę? Uśmiech panie Eli jest bezcenny!

Cd.

    Dwa tygodnie później jestem znów z Anią aby zmienić opatrunki.  Na widok ciała całego w plasterkach robi mi się nie dobrze. Chyba nie dam rady! Wszystko trzeba robić bardzo delikatnie, bo skóra rwie się jak papier. Padam na kolana, w tej pozycji jest najwygodniej, ale ten widok przypomina mi ciało Chrystusa zdjętego z krzyża a obok stoi Matka (Mama pana Grzesia), więc jak tu nie klęknąć?! Dołącza do nas doktor Maria i kiedy już jest wszystko skończone, okazuje się, że jest w pampersie stolec i niektóre plasterki musimy zmienić, bo pod nie podpłynęło.


    Ania umawia się na kolejną wizytę w poniedziałek na 16. Pan Grześ odszedł właśnie o tej godzinie...

„Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”

Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk 

Czytaj więcej...

Znów zaczęliśmy

    Kiedy latem zaczynałyśmy robić nasze prace, wszyscy się dziwili, to już na Święta robicie? A my z uporem maniaka odpowiadałyśmy, że to już najwyższy czas! Bo rzeczywiście, czas szybko zleciał. Ale po kolei.
Robienie  szyszek

     Jak co roku, na naszą ostatnią Mszę Św. dla osieroconych przed Bożym Narodzeniem, przygotowujemy małe upominki. Musimy zrobić to na zasadzie „coś z niczego”, bo nie mamy na to żadnych funduszy. Udało mi się skrzyknąć kilka dziewczyn tzn. 4 szt. (w tym Renata, nasza osierocona, jedzie aż 40 km do nas) i wymyśliłyśmy choinki z szyszek. Potem dołączyły do nas jeszcze inne wolontariuszki.

Akcję finałową, czyli pakowanie, ustaliłyśmy na ostatni, ciepły weekend października i korzystając z pięknej pogody, pracowałyśmy na naszym hospicyjnym podwórku. W sumie naszych choinek wyszło ponad 360! (szczególne podziękowanie dla Eli i Renaty!)

 

Renatka  szyszki
Dziewczyny powiedziały, że jakby co, to one chętnie! No i szybko taki czas nastał. Właśnie wpadłam na swój kolejny, genialny pomysł! Jak są chętni do pracy, to trzeba to wykorzystać, więc zróbmy kolejne ozdoby przeznaczone tym razem na kwestę!


Pomysł został entuzjastycznie przyjęty, za to ja, ciężko przestraszona! Dlaczego? Mamy robić jakieś ozdoby świąteczne (dowolność plastyczna) a połowa grupy deklaruje, że są antytalęciami! Mówią: „Wymyśl coś, my możemy pakować!” czyżby się zrodził nowy rodzaj wolontariusza - pakowaczka?


Monika i szyszki
A skąd weźmiemy materiały? Ano, jak zwykle trzeba będzie prosić dobrych ludzi,  a co się nie uda zdobyć tą drogą, trzeba będzie kupić. I tu wpadłam na kolejny genialny pomysł! Otóż, przed naszym 10-leciem, wolontariusze podjęli się pościć 10 dni (każdy jak uważa) a pieniądze zaoszczędzone w ten sposób oddać biednym. My po prostu te pieniądze przeznaczymy na potrzebne materiały. Nieźle to wymyśliłam, nie?

Ludzie pomóżcie! Zbieramy wszelkie ozdoby świąteczne ręcznie wykonane z przeznaczeniem na kwestę na rzecz naszego hospicjum! Za wszystkie rzeczy serdecznie dziękujemy i zapraszamy do współpracy!


Wasz  goniący resztkami sił
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Łukasz

A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego , Maria, żona Kleofasa i Maria Magdalena.
J 19, 25-26



Panią Marysię poznaję w bardzo trudnym momencie Jej życia, kiedy stoi przy łóżku swojego umierającego syna. Powyższy cytat z Pisma Św. został zaczerpnięty nie tylko ze względu na zbieżność imion.
Pierwsze spotkanie z Łukaszem było dla mnie dość przerażające. Jak to zwykle bywa, nachyliłam się nad łóżkiem chorego, mówiąc: „ Cześć! Mam na imię Monika” i pocałowałam Go w policzek. „Całusobiorca” zareagował gwałtownymi ruchami i chrapliwym oddechem, jakby chciał coś powiedzieć. Myślałam, że nagle Mu się pogorszyło! Teraz przyszło mi do głowy, że to On pierwszy się mnie przestraszył. Ale już na poważnie.
Ten młody, 25-letni chłopak walczył z bardzo złośliwym nowotworem mózgu- glejakiem. Mimo przebytej operacji i radioterapii guz szybko się rozrastał. Łukasz cały czas leżał, prawa część ciała była sparaliżowana, więc też nie mógł mówić, a wszystko rozumiał. Domownicy musieli po prostu odgadywać Jego pragnienia. Na skutek przyjmowanych leków masa Jego ciała bardzo się zwiększyła, doszło do uszkodzenia skóry. Takie spustoszenie choroba zrobiła w ciągu kilku miesięcy. Praktycznie już wtedy nic nie jadł i pił bardzo mało. Składniki potrzebne do życia dostawał przez kroplówki podawane tak często jak się tylko dało przez nasze lekarki i pielęgniarki.
Pani Marysia była przy synu cały czas, noc- dzień, dzień- noc. Obserwowała to, co robiliśmy, aby później samodzielnie, lub z mężem podawać choremu. Naprawdę, oboje przeszli szybki kurs pielęgniarstwa. No i muszę powiedzieć, że na „szóstkę”!  
Nigdy się nie skarżyła, nie płakała. Cicha, spokojna. Wiem, że dużo się modliła. Kiedy mówiła o synu, uśmiechała się, niestety z czasem te uśmiechy były coraz smutniejsze. Tylko raz uroniła przy nas łzy (my zresztą też nie mogliśmy ich powstrzymać), kiedy opowiadała, jak to Łukasz po powrocie ze szpitala podszedł do okna. Spojrzał wtedy na kwitnące, wiosenne drzewa i ...  rozpłakał się.
Wierzyła do końca, że będzie dobrze. Bóg chciał inaczej.
Czemu musiał odejść tak młody człowiek? Nie pytajcie, nie wiem.
Wiem tylko, że razem z księdzem Robertem ze swojej parafii, snuli plany wyjazdu w góry
i do Ziemi Świętej, odnaleźć ślady Boga. Snując te plany jeszcze pewnie nie wiedzieli, że Łukaszowi przyjdzie kroczyć tą najtrudniejszą drogą, żeby te ślady zobaczyć, drogą cierpienia.
Przez kilka ostatnich dni nasz chory był nieprzytomny, choć reagował na wszelkie bodźce z zewnątrz, dręczony atakami padaczki. Odszedł spokojnie, w środku dnia, przy naszych wolontariuszach. A przy Nim stała Matka Jego.
Łukasz, nie udało nam się pogadać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś nadrobimy zaległości! Do zobaczenia w niebie, może być nawet „na dywaniku” u Szefa.



Z poważaniem
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk
Czytaj więcej...

Pani Krysia

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...

Nie było mi dane poznać pani Krysi, choć powiem Wam, że liczyłam, iż się spotkamy.

Kiedy Zosia tuż przed Mszą powiedziała mi, że właśnie godzinę temu Jej ciocia odeszła, byłam bardzo zaskoczona i smutna! Nie wiedziałam, że będzie to aż tak szybko!

Trudno jest pisać o Kimś, Kogo się nie zna. Jednak po tym, co usłyszałam na spotkaniu dla posługujących (takie spotkanie odbywa się w Hospicjum raz w miesiącu) o tej postaci, zaintrygowało mnie do tego stopnia, że postanowiłam zabawić się w „mini dziennikarza” i dowiedzieć się czegoś więcej.

Pani Krysia miała 76 lat i... nowotwora trzustki. Kiedy została hospitalizowana i otwarto Jej jamę brzuszną, okazało się, że komórki rakowe są rozsiane. I jak to się mówi, już nic nie można zrobić! Nie wiem, co powiedziano chorej, ale była przekonana, że po prostu operacja nie była konieczna. Z raną pooperacyjną wypisano Ją do domu wraz ze skierowaniem do hospicjum. To właśnie hospicjum zajmuje się ludźmi dla których już „nic nie można zrobić”.

Na pierwszej wizycie jak zwykle była spowiedź i Msza Św., na którą została zaproszona rodzina i sąsiedzi.

Doktor Iza, która była lekarzem prowadzącym, na moje pytania o tę posługę, mówi, że pani Krysia była zawsze radosna i pełna humoru. Bardzo ciepło wypowiadała się o synu chorej, który przeprowadził się do matki na czas choroby, by móc się Nią lepiej opiekować.

Ogromną pomoc okazały sąsiadki: chrześnica Iwona, siostrzenica Elwira, pani Marysia, pani Iwona a szczególnie pani Stasia. Choć sama chora na cukrzycę, potrafiła nawet trzy razy dziennie odwiedzić naszą podopieczną. A skąd takie zainteresowanie sąsiadów? Pani Krysia kiedyś opiekowała się panią Stasią, gdy ta złamała nogę. Dobro ofiarowane powraca podwójnie! Teraz był czas na rewanż!

I to właśnie mnie zaintrygowało!

Zamykamy się we własnych czterech ścianach, najlepiej przed telewizorem lub komputerem, nie wiedząc nawet, że za ścianą leży drugi człowiek, który potrzebuje naszej pomocy! A czasem wystarczy tylko być, porozmawiać, podać szklankę wody!

Kiedy pytam wolontariuszkę Zosię o swoje wspomnienia, chwilę się zastanawia i z uśmiechem mówi: „Ciocia była mistrzynią w zadawaniu trudnych pytań! Zawsze wybrała taki moment, kiedy nikogo nie było, albo nikt nie słyszał”. A jakie to były pytania?

Czy to już koniec? Czy długo to potrwa? Czy ja już umieram? Zosia starała się nie odpowiadać wymijająco, ale tak, żeby nie odbierać nadziei. Pani Krysia powiedziała w co mają Ją ubrać na ostatnią drogę.

Była osobą zawsze zadbaną. Dlatego bardzo przeżywała swój wygląd podczas choroby, swoje opuchnięte nogi, nie zawsze uczesane włosy itd. to zawsze jest takie trudne dla kobiety!

Zosia dogadzała chorej w miarę możliwości, przynosząc coś, na co właśnie miała Ona ochotę. I tak nasza wolontariuszka biegła z pracy do domu a potem do czekającej pani Krysi np. ze śledzikiem, który był zjadany po kawałeczku, z wielkim pietyzmem, namaszczeniem i trochę ze strachem, czy nie zaszkodzi?! I pomyśleć, że to tylko mały śledzik!

Nie możemy zrobić nic wielkiego,

Za to małe rzeczy z wielką miłością.

Matka Teresa z Kalkuty

Pani Krysia uczyła tej Miłości. Zosia mówi, że przekazywała Jej matczyną miłość.

Na kilka dni przed śmiercią zaprosiłam Zosię do siebie. Tak po prostu na herbatę
i pogaduszki. Odpowiedziała mi, że pójdzie do Cioci, bo stan się pogorszył. Nie mogłaby siedzieć u mnie wiedząc, że tam jest tak, jak jest. Miałam nadzieję, że pójdziemy razem, ale zaproszenie nie padło. Myślę sobie, zdążę!

Była przytomna i świadoma do końca. Odeszła w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zdążyłam już tylko na ostatnią Mszę za zmarłą.

„Spieszmy się kochać ludzi,

tak szybko odchodzą...”

Czy ja tak jak pani Krysia zasłużę na taką opiekę, kiedy jej będę potrzebować?
Czy moje dobro będzie na tyle wystarczające, żeby wróciło do mnie podwójnie?

Wasz czasem daleko w tyle

Korespondent hospicyjny

Monika Wężyk

Czytaj więcej...

Pan Stefan i pani Marysia

W moim maleńkim domku tyle ciepła jest ...” tak brzmią słowa jednej z piosenek, które przychodzą mi na myśl, kiedy myślami wracam do tej posługi.

 

Pan Stefan i pani Marysia, dwoje kochających się ludzi, którzy 33 lata temu przysięgali sobie: „...w zdrowiu i w chorobie (...), aż do końca życia.”

 
 
Hospicjum było w tym domu przez 9 miesięcy, ostatnich miesięcy. Była to jedna z najtrudniejszych posług.
Czytaj więcej...

Pani Józia

Posługa hospicyjna polega przede wszystkim na pracy zespołowej. Na pierwszą wizytę, w miarę możliwości, jedzie ksiądz, lekarz, pielęgniarka i wolontariusz nie medyczny. Oczywiście na późniejsze wizyty nie zawsze musimy chodzić całą grupą, bo nie ma takiej konieczności. Dziś jednak opowiem Wam o posłudze grupowej.

 

Czytaj więcej...

List do Boga

Ty, Panie tyle czasu masz mieszkanie w chmurach i błękicie.
A ja na głowie mnóstwo spraw i na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz, Bo patrzysz na nas z lotu ptaka.
To powiedz, czemu tak mi jest, Że czasem tylko siąść i płakać!
( „Zamiast” E. Geppert)
 
Czytaj więcej...

Miłość nigdy nie ustaje

„Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Miłość nigdy nie ustaje.”

Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku. Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie żyć. A jak tu się nie złościć, kiedy jest się sparaliżowanym od pasa w dół!?

 

Czytaj więcej...
Subskrybuj to źródło RSS

Konferencje 2017 - Relacje Wideo

  • Wartość życia – hospicjum perinatalne -  prof. dr hab. n. med. Bogdan Chazan
  • Obecność księdza E. Dutkiewicza SAC w życiu wolontariuszy hospicyjnych - dr Anna Byrczek
  • Nauczyciel we współczesnej schola mortis - dr Agnieszka Janiak
  • Uczynki miłosierdzia w perspektywie posługi hospicyjnej - ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski
  • Żałoba jako doświadczenie bólu wszechogarniającego - dr Jolanta Grabowska-Markowska
  • Jak przeżywają żałobę dzieci - dr Joanna Domańska
  • Posłańcy Bożego Miłosierdzia - dr Robert Wiraszka
  • O seniorach w hospicjum - prof. dr hab. n. med. Krzysztof Bielecki
  • Dobra Nowina w formacji duchowej wolontariatu - dr hab. Krzysztof Leśniewski
  • Bezradność i zaradność w opiece nad nieuleczalnie chorym dzieckiem - ks. dr Grzegorz Godawa
  • Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci - dr hab. Józef Binnebesel
  • Otwarcie duchowe na chorego a zawód lekarza – narracje lekarzy - dr Beata Antoszewska