Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-
Super User

Super User

Św. Monika

Większość z nas ma swojego świętego patrona i pewnie wielu z was nie wie kim był?! Spieszę podzielić się takim moim zabawnym doświadczeniem właśnie w związku z moją patronką Św. Moniką.

Może to wynik rozmów z moją koleżanką baptystką, nie wiem. Wiem tylko, że od pewnego czasu zagubiła się moja wiara jeśli chodzi o świętych. Jakoś nie mogłam się przekonać do oddawania czci relikwiom. Nawet rozmowa z księdzem podczas rekolekcji nie przyniosła rezultatów. Oczywiście, poszłam ucałować relikwie św. Wincentego Pallottiego, ale tylko dlatego, że nie wypadało zrobić inaczej. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mamy oddawać cześć jakiś tam kosteczkom, czy kawałkowi materiału a nie samemu Bogu?!

Nadszedł 27. 08 dzień mojej patronki Św. Moniki. Wybrałam się na Mszę Św. do mojego kościoła parafialnego. Już wchodząc, zauważyłam, że na ołtarzu stoi relikwiarz. I mówię sobie: „O, nie! Nic z tego! Nie będę szła całować znów jakiś kosteczek! Nie i koniec!” Na zakończenie Mszy ksiądz mówi: „Jako jedyni w okolicy, mamy relikwie ... Św. Moniki. Za chwilę można je będzie ucałować”.

W pierwszej chwili znieruchomiałam. Nie jestem w stanie powiedzieć Wam, co czułam w tym momencie. Po prostu oczy zrobiły mi się jak wielkie piłki, ręce opadły... i co zrobiłam? Wstałam, i jak ten czarny baranek (już nie nazwę się owieczką tylko barankiem, nie obrażając baranków), idę w stronę ołtarza. To, co czułam w tej chwili pamiętam jak dziś. Powstrzymywałam łzy, czułam się zawstydzona moimi wcześniejszymi zapewnieniami i może nie uwierzycie w to, co napiszę, ale czułam, że nie idę tam ucałować kosteczek, czy czegoś innego. Wydawało mi się, że to sama Św. Monika czeka na mnie pod ołtarzem. Czeka i uśmiecha się od ucha do ucha, że udało Jej się zrobić mi taki kawał! (za każdym razem, jak o tym myślę, to mi się gęba śmieje). Był to taki dobrotliwy uśmiech kogoś, kto mnie bardzo kocha i patrzy z pobłażaniem i cierpliwością na to, co robię. A cierpliwości Jej nie brakowało, bo nie wiem, czy wiecie, ale Św. Monika przez 30 lat modliła się o nawrócenie swojego Syna a ów Syn, to Św. Augustyn! Nie wiem, czy zmieniło się moje podejście do relikwi, ale wiem na pewno, że do tych relikwi na pewno!

Św. Moniko, módl się za mną i naucz mnie takiej cierpliwości i wytrwałości!

 

PS. Dla zainteresowanych, relikwie Św. Moniki są w kościele Chrystusa Króla na Gołębiowie I.

O nas

W każdy trzeci wtorek miesiąca wolontariusze spieszą na Wiejską na spotkanie dla posługujących. Zaczynamy o godz.15-j Koronką do Bożego Miłosierdzia. Na początku wspominamy tych, którzy odeszli do Pana od ostatniego spotkania. Tym razem to tylko 2 osoby. Jest to dla nas bardzo ważne, bo bardzo często miedzy nami a chorymi nawiązują się ciepłe relacje, nawet przyjaźnie. Wszyscy wiemy, co się czuje, kiedy taka osoba odchodzi. To taka chwila, by powiedzieć na głos własne myśli.

Omawiamy naszych chorych tzn. tych, których stan się pogorszył lub dzieje się coś, co jest ważne w opiece oraz nowo przyjętych. Jest to bardzo dobry sposób, żeby się do pewnych rzeczy przyzwyczaić, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy nie pojedzie się do tego akurat chorego, więc dobrze jest coś o Nim wiedzieć wcześniej. I tak np. jest mowa o naszej chorej z ogromnym nowotworem na policzku. Widziałam na zdjęciu. Możecie mi wierzyć, że ci, którzy tam jadą, są naprawdę dzielni! Odstrasza nie tylko widok, ale i zapach. Następuje wymiana informacji co i jak najlepiej robić oraz jak zniwelować nieprzyjemny zapach i kto kolejnego dnia pojedzie na zmianę opatrunku, a jeździ się codziennie. Szybko mija czas na omówieniu tak ważnych kwestii. Zbieramy się do domu. Jeszcze rozmowy z przyjaciółmi i myślę już o kopytkach, które czekają na mnie w domu. Ale, ale, doktor Iza biega zdenerwowana do magazynku i… niestety zostajemy wezwani na interwencję do pana Waldemara. Nasza lekarka trochę zdenerwowana, bo już drugi dzień nie może sobie nic zaplanować. Jedziemy w cztery osoby.

Teraz nastąpi krótka charakterystyka grupy:

Doktor Izę już znacie. Obok, jako kierowca, tragarz, pielęgniarz-asystent nasz „nadworny komik” – Sławek ( Najbardziej Uśmiechnięty Wolontariusz Roku 2011), pielęgniarka Monika (ostatnio hospicjum obrodziło w Moniki), która pracuje na chirurgii ogólnej w jednym z naszych radomskich szpitali a pomiędzy dyżurami, posługuje u nas jako wolontariusz. No i ja, też Monika. Mnie też już znacie i mam nadzieje, że od tej dobrej strony J.

Pan Waldemar cierpi. Nie ma z Nim kontaktu, choć reaguje na to co się mówi. Jęczy. Służba medyczna myśli intensywnie nad lekami. Całe zdenerwowanie doktor gdzieś znika a pojawia się na twarzy troska o chorego. Kroplówki idą, a Ona zamiast iść do drugiego pokoju na herbatę, siedzi i obserwuje, czy podane leki przynoszą ulgę. Kiedy jęki ustają, na stanowisku pozostaje pielęgniarka Monika. I tak schodzi 2 godz. Pomagamy jeszcze przed wyjściem ułożyć chorego i na tym dziś już koniec. Sławek rozwozi nas do domów. Wszyscy jesteśmy zmęczeni (Monika po nocnym dyżurze w szpitalu).

Trochę późno, ale kopytka czekają. Zdążyłam wejść do domu z naszym „tragarzem” Sławkiem. Dzwoni telefon. Doktor Iza prosi o szybki powrót do bazy, bo jest nowa interwencja, tym razem chora w Cerekwi ma napady drgawek. Kopytka nie zając, nie uciekną. Biorę jabłko i biegniemy do karetki. To jak serialowy „Ostry dyżur”, tyle, że na żywo. Niestety, doktor jeszcze nie odpocznie. Zabieramy z bazy Zosię i tak pędzimy na sygnale do wzywających.

Pani Basia jest pod naszą opieką od niedawna. Na miejscu okazuje się, że prawdopodobnie to nie były drgawki, tylko jakiś przykurcz mięśni. Jednak to chyba dobrze, że tu przyjechaliśmy. Wystarczy spojrzeć na twarz chorej. To jeden Pan Bóg wie, ale pani Basia może z nami długo już nie pobyć.

Następuje jak zwykle skrupulatne badanie i osłuchiwanie. Będzie założony cewnik, aby chora nie musiała chodzić do łazienki, bo nie ma na to siły. Kroplówka przywiązana gumką do żyrandola, to normalny widok w domach naszych chorych. Idzie z niej lek, inne podane są doustnie. Asystujemy razem z Zosią przy założeniu cewnika. Dzięki Bogu wszystko się udaje. Jeszcze tylko materac przeciwodleżynowy i chora zostaje położona do łóżka. Nie na długo jednak. Z moich obserwacji wynika, że chorzy w tych ostatnich dniach, mimo braku sił, chcą gdzieś iść. Tak jest też w przypadku pani Basi. Co chwila prosi żeby Ją posadzić. To będzie ciężka noc. Na szczęście jest obok cała Rodzina, więc jakoś będą się zmieniać.

Staramy się razem z Zosią jak najwięcej pomóc, by na ile się tylko da odciążyć doktor (Sławek rozmawia z mężczyznami w kuchni). Jak się potem okazało, miałyśmy z Zosią te same myśli, tzn. zastanawiałyśmy się kiedy ostatni raz byłyśmy razem na wizycie. To było
3 lata temu, u Jej chorej Mamy. To zabawne, że obydwu nam przyszło to na myśl.

Nasza lekarka przed odjazdem bierze na stronę najstarszą córkę chorej na rozmowę. Prawdopodobnie chce przygotować Rodzinę do tego, co nieuchronnie nastąpi.

W drodze powrotnej dzięki naszemu Sławkowi, nie opuszcza nas dobry humor. Może się zdziwicie, ale jest i tak ciężko a co by było, gdybyśmy jeszcze i my zaczęli płakać? Dzięki Ci Panie za Sławka!

Kiedy wchodzę do domu jest godzina 00.00. Kopytka zostają w lodówce, szybka toaleta, kanapki na jutro do pracy i jeszcze tylko budzik, który ma mnie jutro obudzić
o 5 rano… Dobranoc.

Następnego dnia w pracy cały czas myślę o tym dziwnym, minionym dniu
i o spotkanych ludziach. Sms od doktor: „dobrze się wczoraj spisałaś” sprawia, że mimo pochmurnego i śpiącego dnia się uśmiecham. To był dobry dzień.

„Musisz żyć dla innych jeśli chcesz żyć z pożytkiem dla siebie”
Seneka Młodszy

PS. Pani Basia odeszła w czwartek rano do Domu Ojca.

Szepnijcie w wolnej chwili Zdrowaśkę za tych, którzy posługują i za tych, w których domach jesteśmy!

Prosto z „ostrego dyżuru”
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk

Kolejna sobota

        Umawiam się z doktor Marią na sobotę, ponieważ będzie u naszych chorych dzieci, u których już dawno nie byłam. Jeszcze do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy brać ten dyżur, bo biorąc go, musiałam odłożyć wiele innych spraw na później. No trudno, ludzie ważniejsi.

      5:20 pobudka i pedzę do pracy. Doktor razem z pielęgniarką Basią ma podjechać po mnie. Przedzieramy się przez trochę już zakorkowany Radom i kierujemy się na Wieniawę, gdzie czekają na nas rodzice z Martynką. Widok takiej dużej naszej Pociechy uświadamia mi, jak dawno już tu nie byłam. Nasza Dziecina czuje się dobrze (jeśli tak można wogóle powiedzieć). Jest w ramionach Taty, gdzie najbezpieczniej i nie przejmując się gośćmi poprostu idzie spać.

     Doktor wysłuchuje relacji z wizyty w szpitalu, przegląda leki i nowe mleczko (chora jest karmiona przez gastrostomię, taki "grzybek"prosto do żołądka). Potem, przed podaniem jedzonka, bada Martynkę z każdej możliwej strony. Nasza podopieczna nie ma odruchu ssania, ale dostaje też trochę pokarmu do buzi. Niestety są już widoczne różnice w rozwoju miedzy Nią a dziećmi w Jej wieku. Choć urosła, nie siedzi sama, jest jakby w swoim świecie. Zostaję opluta papką (to pewnie za karę!) Z jedzeniem schodzi bardzo długo, ale Martyna jest otoczona ogromną miłością swoich Rodziców! Dziękuję Ci Panie Boże za Nich!

      Stąd już całkiem niedaleko do Rzucowa. Podziwiamy po drodzę piękną jesień jadąc przez las. I znów zmiany. Nowa brama, trochę więcej siwych włosów na głowie pana Sławka i Wiktoria już pannica. Jesteśmy witane jak członkowie rodziny. Uśmiecham się na wspomnienie całej sceny, kiedy pan Sławek razem z córką pokazywali nam swoje zakupy, buty, płaszcz, nowe łóżko. Przez te wszystkie lata (to już chyba 5) nawiazała się miedzy nami przyjaźń i wzajemne zaufanie. Nasz Dominik też oczywiście urósł. Nasze medyczne zmieniły Mu rurkę tracheotomijną. Miło upływał czas przy herbacie i dobrym cieście (muszę kiedyś pospisywać te przepisy i zrobić taki kacik kulinarny na naszej stronie. Co Wy na to?) "Fundujemy"  sobie też podróż do szczecińskiego hospicjum (dawne hospicjum ks. Marka ) i odbywamy wirtualny spacer po nim. I jak przystało na dobrą Rodzinę, zostajemy obdarowane jabłkami i orzechami. Czas w drogę.

      Okazuje się, że jest jeszcze jedna wizyta. Basia musi coś załatwić, a ja? No cóż, jak już dyżur, to do końca. "Wyrzucamy" pielęgniarkę po drodze i jedziemy do pana Rajmunda. Jestem tu pierwszy raz, więc troche jestem onieśmielona tym bardziej, że w momencie, gdy Rodzina dowiedziała się, że ja to ja, rozległ się ogromny okrzyk: " A to to jest ten korespondent hospicyjny!"( przez wrodzoną skromność pominę milczeniem rumieniec na moim policzku).

    Nasz chory został właśnie przetransportowany do łazienki. Piszę przetrasportowany, bo przewieziony na wózku z jednoczesnym podłączeniem do tlenu ( rak tarczycy). Kiedy zostaje przywieziony ponownie do pokoju, musi upłynąć dużo czasu zanim odrobinę doszedł do siebie
i unormował się oddech. Kiedy nam nic nie doskwiera, nie zdajemy sobie sprawy, jaką trudność mogą przysporzyć codzienne, najzwyklejsze czynności. Dla chorego taki spacerek, to jak wejście na Mont Ewerest! Doktor jest tu codziennie. Jak mówi, chory boi się śmierci a przy nas czuje się bezpieczniej. Choć pan Rajmund mówi, że dzień był nawet niezły, jakoś nie ma ochoty na rozmowę. Uśmiecha się tylko słysząc rozmowę najbliższych. Siedzę na wprost Nich i obserwuję i cieszę się się, że wziełam ten dyżur dziś, bo mogłam niemal namacalnie dotknąć miłości. Miłości rodzicielskiej, małżeńskiej, rodzinnej.

      Pan Rajmund dał doktor jutro wolne przy niedzieli. Nawet została przybita "piątka". Chory jednak nie dotrzymał danego słowa (choć nie było w tym Jego winy). W niedzielę następnego dnia dostaję sms o treści: "Pan Rajmund odszedł o 8 45".

"Pewien książę rzekł kiedyś: sercem szukać trzeba
Kto spoglądać nim umie temu obca bieda.
Choćbym wszystko więc stracił z dotykalnych rzeczy
Nie przeklnę tego świata, nie będę złorzeczył.
Dopóki bowiem kocham i jestem kochany
Bez wartości są dla mnie pozłacane ściany.
A gdy kiedyś mnie wezmą na spacer daleki
Dostojnie chciałbym kroczyć, nie jak kto kaleki.
Przeto błędy naprawię, nowych nie popełnię
Aby porwać mnie mogły pokoju gołębie>"


"Mały rycerz" D. Zastawny


      Cóż mogę powiedzieć? Do zobaczenia panie Rajmundzie. Mam nadzieję, że wszyscy się spotkamy tam, po drugiej stronie. Czego sobie i Wam życzę!



Wasz korespondent hsospicyjny
Monika Wężyk

Cd pani ASI

Miłość wszystko znosi, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma
Miłość nigdy nie ustaje.”


Rodzinę pani Asi poznałam rok temu. Stało się tak, że zamieszkałam dokładnie naprzeciwko Ich bloku.
Niewielu znam ludzi, którzy tak potrafią kochać! Aż miło na Nich patrzeć, bo choć czasem złoszczą się na siebie, to nie mogą bez siebie żyć. A jak tu się nie złościć, kiedy jest się sparaliżowanym od szyi w dół!? Tak, pani Asia jadąc ze szpitala po I kursie chemioterapii (nowotwór piersi), uległa wypadkowi. Dzięki rehabilitacji prowadzonej od roku jest lepiej. Nasza chora wciąż jednak jest uzależniona od pomocy innych osób i to w tak prostych czynnościach jak np. podrapanie się za uchem, czesanie, jedzenie itp.

Jesteśmy nieszczęśliwi, bo czegoś nam brakuje, ale posiadając to, nie jesteśmy szczęśliwi.” Wolter

Czy kiedyś się zastanawialiście, jakimi jesteście szczęściarzami? Macie ręce i nogi
i możecie zrobić z nich użytek. A do tego macie ok. 50 lat, czyli całkiem jeszcze młodzi, lecz...
Czy to nie jest powód, aby się załamać? Ano jest. Jakby jeszcze tego było mało, okazało się, że pan Krzysio, mąż chorej, ma nawrót choroby nowotworowej!
Ten najlepszy pielęgniarz, który przewijał, karmił, kąpał itd. teraz sam potrzebuje pomocy!

Wolontariusze hospicjum wraz z ich rodziną, muszą stanąć na wysokości zadania i nie pozwolić, aby któremukolwiek z naszych podopiecznych przyszło do głowy rozstać się z życiem, z tego np. powodu, że nie ma się kto nimi zająć. To naprawdę straszne czuć się ciężarem dla swojej rodziny!
Pan Krzyś jadąc na chemię do Warszawy napisał do nas list z prośbą, żebyśmy nie zapominały o Asi i odwiedzały Ją częściej. On natomiast zrobi wszystko, aby jak najszybciej wrócić do zdrowia.


... Miłość wszystko przetrzyma...

Nie jest łatwo. Możecie być pewni, ale jak to się u nas mówi: „Nikt nie obiecał, że będzie łatwo.”

Tak było 3 lata temu. A jak teraz żyje nasza Rodzinka?
Kolejne chemie nie przyniosły spodziewanego efektu. Guz nadal rośnie. Dr Maria mówi, że gdyby nie ta chemia jednak, nowotwór zabiłby pana Krzysia w ciągu kilku tygodni.
Chory nie ma już sił, ale nadal opiekuje się żoną. Również jest pod opieką hospicjum.
Na szczęście to już 2 lata mijają, jak razem z Moniką i panią Jadzią kąpiemy naszą podopieczną. Jest to duża pomoc dla członków Rodziny. Przez ten czas wypracowałyśmy sobie sposób sprawnego kąpania. Śmiejemy się, że Monika (ta druga, nie ja) zawsze się umie ustawić, bo przy okazji wymoczy sobie nogi! (wchodzi do wanny i będąc po kalana w wodzie, myje chorą). Tylko czasem nasza podopieczna się złości jak nie mogę znaleźć odpowiedniego szamponu, lub pani Jadzia po raz kolejny nie może wcelować wózkiem w drzwi...
I tak sobie życie płynęło do...

9.07.2011 (sobota) zostało wezwane pogotowie do pana Krzysia.

10.07.2011 (niedziela) wezwane ponownie pogotowie zabiera chorego do szpitala. Zapalenie opon mózgowych. Stan bardzo ciężki. Chory utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.

11.07.2011 do szpitala przywozimy panią Asię. Nieporadnymi rękami głaszcze męża, mówi do Niego czule i ...płacze. Syn zabiera wszystkie rzeczy Ojca ze szpitala, bo nic się nie da zrobić! Nie chce więcej nocować w szpitalu przy łóżku.
Stojąc bezradnie przy chorym, przypomina mi się, że był w tym domu nasz, jeszcze nie tak dawno kleryk, teraz ksiądz Wojtek. Piszę sms z prośbą o modlitwę. Dzięki Boże za tę myśl!  Od tego czasu ksiądz Wojtek jest tam codziennie. Ma taki niezwykły dar bycia z chorymi i „chopla” na punkcie karetek na sygnale! Jak sam mówi, dużo się nauczył odbywając w naszym hospicjum praktyki. Wspiera nas i Rodzinę, rozwesela kawałami i swoim sposobem bycia. Mamy z nim wesoło, kiedy poprawia koloratkę i idzie coś załatwić z pielęgniarkami dla naszego chorego.

12.07.2011 pojawiła się odleżyna na pięcie. Zorganizowaliśmy materac przeciwodleżynowy.
Chory podczas kolejnych dni jest powoli wybudzany ze śpiączki, zaczyna powoli jeść.

25.07.2011 zostaje przeprowadzona punkcja. Nie ma zapalenia opon ale choroba nowotworowa robi spustoszenie. Chory przyzwyczaił się do leków, które już praktycznie nie działają. Jest potrzeba bycia przy łóżku 24 godz. na dobę, bo nasz podopieczny jest bardzo niespokojny, wyrywa sobie cewnik i kolejne wenflony. I tu pojawia się problem, który jest widoczny na samym początku: córka nie daje rady, syn ma ważniejsze sprawy. W opiekę włączyły się tak naprawdę tylko dwie siostry pani Asi.
Niech komentarzem do całej sytuacji będą słowa Jezusa wypowiedziane w drodze na Golgotę:

„Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmiŁk. 23, 28-29

Na noc pozostaje znajomy Rodziny, pan Tomasz. Kiedy przychodzimy we wtorek przed wieczorem, okazuje się, że wenflon dziś rano został wyrwany a kolejny założono w ...szyję. Trzy osoby przy łóżku i każda ma co robić. Tego wkłucia pilnujemy jak najcenniejszego skarbu, musi zostać jak najdłużej! Chory kreci się. Chce wyjść. Prawdopodobnie cały czas myśli o chorej żonie, bo co jakiś czas pyta o Nią. Na noc przychodzi znów pan Tomasz, jednak jest pełen obaw widząc miejsce wkłucia. Próbuje dodzwonić się do syna, jednak ten nie odbiera telefonu. Zostaje z Nim ksiądz Wojtek.

26.07.2011 Monika jedzie po południu do szpitala. Pan Krzyś zostawiony sam na chwilę, wyrwał sobie wenflon. Dziś na noc mają zostać nasze nowe wolontariuszki, dziewczyny, które są ratownikami medycznymi. Monika ma zostać z Nimi trochę.

Kolejna noc pełna obaw. Co nam przyniesie? Miej nas Panie w swojej opiece!

27.07.2011 Nasze dziewczyny zostają do południa, bo nie ma kto ich zmienić.

29.07.2011 Pan Krzysztof zostaje wypisany ze szpitala i wraca do domu. Następuje przejęcie chorego przez nasze hospicjum. Doktor Iza zapoznaje się ze wszystkimi szczegółami. Na chorego czeka już specjalistyczne łóżko wypożyczone od nas. Ksiądz Marek puka do sąsiadów, aby zaprosić ich do opieki. Spowiedź, Msza Św., Sakrament Namaszczenia Chorych. Wszyscy bardzo przejęci! Pani Asia szczęśliwa, bo mąż choć z pomocą, ale siedzi obok na łóżku.

   Ustalamy grafik opieki w domu razem z rodziną. Chcemy zrobić tak po hospicyjnemu tzn. żeby było na zasadzie wolontariatu. Brakuje ludzi, bo trzeba ustalić dyżury na 24 godz. w tym na noc po 2 osoby. Na razie nie wiemy jak zadziałają leki, jak się będzie czuł nasz podopieczny. Wszyscy się trochę boją.
Najpiękniejsze są chwile, kiedy to nasz chory sam ledwo żywy, martwi się o swoją żonę: „Kochanie, nie martw się. Do niedzieli muszę się wykurować i sam będę się Tobą opiekował”!

30.07.2011 Wpadamy na chwilę z księdzem Wojtkiem. Pan Krzyś siedzi na łóżku w pokoju żony. Jest dobrze. Wszyscy zadowoleni, bo wrócił apetyt, cewnik został odłączony. Chory przy pomocy balkonika powoli porusza się po mieszkaniu.
Czas na zmianę dyżurującego. Czekamy na syna...

    Ludzie się powoli wykruszyli. Rodzina też się odsunęła. W miarę możliwości ja, lub ktoś z hospicjum nocujemy tam, w pozostałe noce ktoś z bliskich. Ciężko!
I tak upywają kolejne dni. Pan Krzyś ma tak ogromną wolę życia, że praktycznie całe dnie ćwiczy żeby dojść do formy a formy jak nie było, tak nie ma! Kolana poździerane, guz coraz większy do tego przyplątała się cukrzyca, więc rana na pięcie też się kiepsko goi. Biedny pan Krzyś! Coś się też popsuło między naszym małżeństwem. Mało przebywają razem w pokoju i złoszczą na siebie o byle co.

Tłumaczymy spokojnie, że muszą pozałatwiać swoje sprawy, bo dostali jeszcze jedną szansę, ale ten czas bardzo szybko ucieka. Wiecie, jak to jednak jest, zawsze ma się nadzieję, lub chce się ją mieć mimo wszystko. Ile jeszcze czsu nam pozostało Panie Boże?
Pan Krzyś jedzie do Warszawy do swojego lekarza prowadzącego, i co? Nie dostanie już żadnej chemii, nie ma już nadziei. Coraz częściej daje się słyszeć głosy o oddaniu Go do ośrodka w Zwoleniu. Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie! Gdybyśmy mieli hospicjum stacjonarne!

Aby nie czuli się osamotnieni, przychodzę na każdą prośbę telefoniczną. Co prawda, nie sprawia mi przyjemności patrzenie na rany, ale dziękuję Opatrzności Bożej, że mieszkam tak blisko i że moje przeszkolenie hospicyjne się przydaje. Co drugi dzień przychodzę na zmianę opatrunku na pięcie i na pośladku. Staram się Ich podtrzymać na duchu, tzn. razem się podtrzymujemy, bo z moim zdrowiem też się dzieją różne “chece”. I oby do wiosny!


Cdn
Wasz korespondent hospicyjny
Monika Wężyk 

Subskrybuj to źródło RSS

Konferencje 2017 - Relacje Wideo

  • Wartość życia – hospicjum perinatalne -  prof. dr hab. n. med. Bogdan Chazan
  • Obecność księdza E. Dutkiewicza SAC w życiu wolontariuszy hospicyjnych - dr Anna Byrczek
  • Nauczyciel we współczesnej schola mortis - dr Agnieszka Janiak
  • Uczynki miłosierdzia w perspektywie posługi hospicyjnej - ks. prof. dr hab. Waldemar Chrostowski
  • Żałoba jako doświadczenie bólu wszechogarniającego - dr Jolanta Grabowska-Markowska
  • Jak przeżywają żałobę dzieci - dr Joanna Domańska
  • Posłańcy Bożego Miłosierdzia - dr Robert Wiraszka
  • O seniorach w hospicjum - prof. dr hab. n. med. Krzysztof Bielecki
  • Dobra Nowina w formacji duchowej wolontariatu - dr hab. Krzysztof Leśniewski
  • Bezradność i zaradność w opiece nad nieuleczalnie chorym dzieckiem - ks. dr Grzegorz Godawa
  • Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci - dr hab. Józef Binnebesel
  • Otwarcie duchowe na chorego a zawód lekarza – narracje lekarzy - dr Beata Antoszewska