Menu

Baner Hosp strona2

A+ A A-
Aktualności

Aktualności (64)

Aby dobrze potowarzyszyć konającemu

 
 Wyjątkową grupą osób potrzebujących pomocy są chorzy terminalnie. Prawie do końca XX w. nie byli oni objęci leczeniem, gdyż medycyna (której zadaniem jest przywrócenie zdrowia) nie zajmowała się takimi chorymi – oni bowiem nie rokowali nadziei na polepszenie swego stanu.
 
 
Nieuleczalnie chory
Największym cierpieniem człowieka nieuleczalnie chorego jest silny ból fizyczny i duchowy. Ból fizyczny w większości przypadków, jeśli uda się ustalić jego źródło, udaje się usunąć, a przynajmniej zmniejszyć. Trudniej znaleźć lekarstwo na ból duchowy. Doznawane osamotnienie w schyłkowym okresie życia oznacza nie tyle samotność fizyczną, czy poczucie izolacji, gdy bliscy przy chorym są, ale nie chcą rozmawiać o jego cierpieniu. Chodzi tu raczej o samotne wkraczanie w tajemnicę śmierci, w otchłań niewiedzy. Każdy umiera sam, a poczucie osamotnienia jest niekiedy tak wielkie, że wydaje się, że nawet Bóg w tej chwili człowieka opuszcza.
 
Czytaj dalej...

Świadectwo Eli

Kwesty Wielkanocna 2010Moje życie związało się z Hospicjum Królowej Apostołów 13 kwietnia 2005 r. W tym dniu moja mama zadzwoniła do lekarza prowadzącego, aby poinformować go o swoim złym stanie zdrowia. Lekarz podał jej numer telefonu do pani doktor i powiedział, że ona na pewno postawi ją na nogi. Mama więc tak uczyniła. Po upływie około godziny do domu weszły trzy osoby: dwie panie i jeden pan. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy ten pan podszedł, aby przywitać się z moją mamą, zwróciła się do niego: „Proszę księdza”. Do dnia dzisiejszego nie wiem skąd wiedziała, że to ksiądz – nie miał on na sobie sutanny ani koloratki. Mama bardzo się ucieszyła. Powiedziała, że czekała na księdza, jakby się go spodziewała (może Duch Święty przez nią przemawiał). Wraz z księdzem Markiem Kujawskim przyjechały doktor Maria Cygan i wolontariuszka Zofia Brodowska .

 

Czytaj dalej...

Tajemnica Mszy Świętej

msza_swietaWolontariusz hospicyjny to człowiek modlitwy. Takie zdanie słyszymy podczas kazań, konferencji i staramy się modlić. Ale czy tak naprawdę zdajesz sobie z tego sprawę przyjacielu, jaka jest moc modlitwy? Jaka jest moc Mszy św., kiedy w niej uczestniczymy w pełni?
Ja też nie wiedziałam, do wczoraj. Jeden z moich przyjaciół podarował mi maleńką książeczkę „ Tajemnica Mszy Świętej”. Catalina Rivas opisała w niej swoje świadectwo przeżycia właśnie Mszy św. Zachęcam do przeczytania, a oto krótkie, szybkie streszczenie.
Maryja podczas Eucharystii objawiła się Catalinie  i mówiła jak powinniśmy adorować Najświętszy Sakrament.
Wielu z nas przychodzi w ostatniej chwili, nie mając czasu, aby się wyciszyć, przygotować, a potem szybko wychodzi.

Czytaj dalej...

Dzieci które musiały dorosnać

Poniedziałek 29 czerwca 2009

Zapamiętać morze i słoneczną plażę

DZIECI, KTÓRE MUSIAŁY DOROSNĄĆ

TO były wymarzone dwa tygodnie. Z dala od cierpienia, wspomnień, ciszy domu, gdzie nie ma bliskich, których zabrała choroba. Na długie miesiące zostaną w pamięci obrazy sztormującego Bałtyku, białego piasku, zabytkowej ciuchci, końskiej grzywy w stadninie i gofrów, które tylko nad morzem tak smakują. Dzieci z koloni hospicyjnej z Radomia dziś żegnają się z Dziwnowem, które po raz szósty ugościło całą gromadę.

Przygoda w stadninie
Dla prawie całej trzydziestoosobowej grupy to pierwsza taka przygoda z końmi. Swoje podwoje dla kolonistów z Radomia otworzyła stadnina Czahary w Pogorzelicy.
Było wspaniale, każdy z nas jeździł konno. Trochę się na początku bałam, ale potem spodobało mi się. Płynęliśmy także Victorią z Dziwnowa do Kamienia, tam gościł nas ksiądz dziekan. Była herbata, ciasto, karmiliśmy rybki, no i te pyszne gofry w Międzyzdrojach w „Goferku". Będzie co opowiadać, jak wrócimy - mówi Agata Skorniewska, uczennica II klasy gimnazjum w jednej z podradomskich miejscowości.
Agata - podobnie jak wszystkie dzieci, które przyjechały do Dziwnowa - ma za sobą bolesne doświadczenia. Każdy z kolonistów stracił bliską osobę.
-    Opiekowaliśmy się ich rodzicami, teraz opiekujemy sierotami. Wiele z tych rodzin nie stać na taki wyjazd. Tym boleśnie doświadczonym potrzeba trochę słońca, oddechu morza, normalności z dala od choroby - mówi ks. Marek Kujawski, sprawca całego zamieszania, który od sześciu lat stoi na czele Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu.

Przyjęli z otwartym sercem
Placówka ma pod opieką 367 dzieci, a także chorych na terenie aż pięciu powiatów.
-    Zajmujemy się pacjentami w terminalnym okresie choroby, a także dziećmi -tłumaczy ks. Marek.
Wcześniej przez kilka lat prowadził szczecińskie hospicjum i także przywoził najmłodszych na letni wypoczynek do Dziwnowa. Przyjazd dzieci nad morze był możliwy dzięki wsparciu mieszkańców Dziwnowa.
-    Ogłosiłem w czasie nabożeństwa, że prosimy o pomoc w zakwaterowaniu kolonii. Jakiś czas po tym
zgłosiła się właścicielka ośrodka „Zacisze", która zaoferowała miejsce dla dzieci - tłumaczy ks. Karol, proboszcz dziwnowskiej parafii, który także włączył się w dwutygodniowe życie kolonii.

Wyjątkowi koloniści
-    Proszę, kochani, zmówmy modlitwę, a potem zabieramy się do jedzenia. I wszystko znika z talerzy. Musicie mieć siłę, bo czeka nas dziś jeszcze podróż ciuchcią retro
- mówi do swoich podopiecznych ks. Marek. Maluchy i ciut starsi siadają do obiadu, którym poczęstowała ich właścicielka ośrodka „Polfa" z Pogorzelicy.
-    Mamy tu wielu przyjaciół, każdego roku o nas pamiętają - mówi ks. Marek, zabierając się do parującej porcji żurku.
Tuż obok przy stoliku dwójka malców prosi o dokładkę frytek. Na sali jest cichutko. Nikt nie krzyczy, nie robi psikusów i co ważne nie wybrzydza.
-    Te dzieci musiały szybko dorosnąć. Są wyjątkowe, bardzo zdyscyplinowane - mówią opiekunowie,
którzy na co dzień pracują jako wolontariusze w radomskim hospicjum, a teraz przyjechali z najmłodszymi.

Marzena DOMAKADZKA

Zdjęcia Dziwnowa 2009
Czytaj dalej...

Posługa wolontariusza niemedycznego

Posługa wolontariusza niemedycznego przy chorych terminalnie.

w oparciu o doświadczenia zebrane w Hospicjum Wrzesinskim im.Św. Wincentego
Pallottiego oraz w oparciu o wzór W. Pallottiego i

Edyty Stein -św.Teresy Benedykty od Krzyża/

 

Chciałabym poruszyć krótko kilka zagadnień związanych z tym tematem, a mianowicie:

1. Kto to jest wolontariusz niemedyczny i kto może nim być?
2. Jakie są oczekiwania wobec wolontariusza hospicyjnego?
3. Postawa posługującego.
4. Do czego zobowiązuje mnie posługa umierającym?
5. Od kogo możemy czerpać wzór służby?
6. Stanowisko Kościoła wobec apostolstwa świeckich.

Tajemnica śmierci i cierpienia człowieka, wymaga od osób otaczających go, postawy zatrzymania się i pochylenia. Z tego wynikają różne potrzeby, oczekiwania i pragnienia, które próbuje zaspokoić rodzina i zespół opieki hospicyjnej. Wolontariusz to osoba , która z własnej woli,bezinteresownie, zgłasza gotowość podjęcia służby na rzecz potrzebujących, a w przypadku hospicjum to włączenie się do wspólnoty posługujących nieuleczalnie chorym na raka.

Choroba nieuleczalna może trwać dłużej lub krócej, termin wyznacza sam Bóg, który bardzo często nagle zaskakuje nas, przypominając, że w każdej chwili mamy być przygotowani na spotkanie z Nim.

Pragnący czynić dobro - to generalnie jedyne kryterium, które cechować powinno osobę chcącą zostać wolontariuszem. Wynikają z tego dalej różne zobowiązania lecz każdy dojrzały człowiek, niezależnie od pochodzenia, zawodu, wykształcenia czy pozycji społecznej, może zadać sobie pytanie: dla kogo jesteś? ; żyjesz dla kogoś, czy tylko dla siebie? To pytanie „dla kogo jesteś* jest pytaniem o powołanie i czy to lekarz, ślusarz , czy to gospodyni domowa, nauczycielka, ksiądz, czy zakonnik , każdy może -jeśli chce- powiedzieć: przychodzę, bo woła cierpiący człowiek...

Bardzo pilnie potrzebny jest w dzisiejszym świecie człowiekowi człowiek, a szczególnie miłość i ofiarna obecność przy chorym u progu wieczności. Tylko bezinteresowność prowadzi do prawdziwej przyjaźni, a ta do miłości. Podejmując tę służbę wolontariusz uwrażliwia całe społeczeństwo na godność każdej osoby i na jej różnorodne oczekiwania. Decyzja pomocy nie może jednak zrodzić się tylko z motywów emocjonalnych, nudy, czy chęci dowartościowania własnej osoby . Jest człowiek w potrzebie i jest moja na to odpowiedź.

Tak powstają hospicja, wspólnoty ludzi, którzy wczuwają się w sytuację drugiego i otwierają swoje serca. Wielka to okazja, aby przy tym zobaczyć też siebie, swoje życie, prawdziwe motywacje, swoje myślenie o własnej śmierci. Co można ofiarować nieuleczalnie choremu? Przede wszystkim swoją obecność, współczucie i towarzyszenie na tym etapie życia , aż do śmierci. W tym samym okresie bardzo można być pomocnym rodzinie chorego, która podobnie, jak sam chory, przeżywa okres niedowierzania co do nieuchronności bliskiej śmierci, okres buntu, a potem już pogodzeni, pragną w tym ostatnim okresie zrobić dla siebie wszystko, co możliwe. Chory potrzebuje nie tylko pomocy ludzkiej, ale przede wszystkim Bożej pomocy. Na drodze do wieczności potrzeba więc kapłana i sakramentów. Dobrze jeśli w zespole hospicyjnym posługującym jest też kapelan. Nie zdarza, się to często, więc pozostali w zespole hospicyjnym, czy to lekarz, pielęgniarka, czy wolontariusz niemedyczny, winni porozumieć się z dostępnym innym kapłanem . Czasami są z tym kłopoty, ale chodzi przecież o najważniejsze: zbawienie człowieka, więc żaden problem nie powinien pozbawić chorego tego najważniejszego w tym okresie, zaopatrzenia na życie wieczne. Posługa wolontariusza niemedycznego - często wbrew pozorom - jest szczególna i wymagająca wielkiego zaangażowania. Przychodzi w życiu chorego taki czas, gdy potrzeby cielesne stają się minimalne, a najbliższa rodzina, udręczona sytuacją, miota się między codziennymi obowiązkami wobec innych swoich członków, a czuwaniem przy chorym.

Ból fizyczny często udaje się wyciszyć, ale człowiek nie czuje tylko „ciałem", żyje się przecież uczuciami, pragnieniami swojego wnętrza, potrzebą akceptacji, zatrzymania się przy nim, nawiązania więzi i komunikacji z otoczeniem. Oczekuje miłości, wzajemności i zrozumienia. Kto może odpowiedzieć na te potrzeby? Każdy wczuwający się i zdecydowany współuczestniczyć w losie drugiego, zbliżającego się do innego etapu życia wieczności, gdzie czeka Bóg .

 

Czytaj dalej...

Sw. Peregryn

Św. Peregryn - patron chorych na raka

Peregrine (Peregryn) Laziosi urodził się w 1260 (1265?) r. w Forli, w północnych Włoszech, w zamożnej rodzinie. Podobnie jak wielu późniejszych żarliwych wyznawców i świętych, również nasz święty początkowo żył życiem dalekim od Boga, oddając się doczesnym przyjemnościom i rozrywkom. Młodzieniec zaangażował się również w działalność polityczną, występując zdecydowanie przeciwko papiestwu. A był to okres dramatycznych i krwawych konfliktów, bratobójczych walk związanych z wojną między papieżem a cesarzem o prymat w chrześcijańskim świecie.

Podczas kolejnych rozruchów papież wysłał do Forli swego negocjatora, ojca Filipa Benizi (późniejszego świętego) z zadaniem pogodzenia zwaśnionych stron. Niestety, nie dane mu było wykonać powierzonej misji. Podczas kazania, w którym nawoływał do zgody, został zakrzyczany, znieważony i wyrzucony z miasta. Zapalczywy młodzieniec Peregryn Laziosi uderzył go w twarz. Benizi spokojnie nadstawił mu drugi policzek i pomodlił się w jego intencji.

 

Czytaj dalej...

Kolonia która leczy





Czwartek 13 sierpnia 2009

W Bieszczadach goją psychiczne rany po stracie rodziców.

Kolonia, która leczy.

Dobiega końca trzeci turnus kolonijny dla dzieci, które straciły jedno bądź obydwoje rodziców. Niektóre dopiero tutaj zaczęły normalnie jeść i się uśmiechać. Czystko dzięki garstce wolontariuszy z Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu i jego duszpasterzowi ks. Markowi Kujawskiemu (SAC). Od 6 lat organizuje w Bieszczadach letni wypoczynek dla dzieci, których rodzice zmarli na raka. Jest pewien, że góry mają dobroczynny wpływ na gojenie psychicznych ran.

 

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS

Polecamy wykłady z konferencji